Puławscy lekarze ubiegłego wieku
Dziesięciolecia, które już minęły z perspektywy czasu wydawały się latami przyjaznymi choremu, pełnymi perspektyw dla młodych lekarzy, dla medycyny i służby zdrowia. A najważniejsze było to, czego dziś tak bardzo brakuje – lekarze i pacjenci mieli do siebie zaufanie. Lekarze uważali za obowiązek wysłuchanie chorego i mieli dla niego czas. Sami zaś byli autorytetem i niemal wyrocznią. W tamtych latach powojennych wielu miało za sobą studia na uczelniach w Kijowie, Wilnie, Edynburgu, wielu miało za sobą wojenną, okupacyjną i konspiracyjną przeszłość. Może to naznaczyło ich głębokim humanitaryzmem? Tak było nie tylko w puławskim szpitalu.
Zdolny uczeń
– Pracowało w tym szpitalu wielu wspaniałych ludzi. – Pamiętam o nich. – mówi dr n. med. Ludwik Kotliński, chirurg, urolog. – Ja przyszedłem tutaj na początku lat 50., kiedy dyrektorem był Bolesław Kuźma. Właściwie miał na imię Antoni, ale mało kto wiedział o tym – uśmiecha się doktor. – Kuźma był też ordynatorem oddziału chirurgicznego, bardzo dobrym chirurgiem, a przyszedł tu do Puław ze szpitala Jana Bożego w Lublinie.
Jak opowiada doktor Kotliński, Kuźma pochodził z Garbowa – z rodziny robotniczej. Ojciec późniejszego doktora pracował w garbarni. Widać on i jego brat byli nieprzeciętnymi uczniami, bo zainteresował się nimi właściciel dóbr garbowskich i ufundował im stypendium, dzięki któremu mogli dalej się uczyć.
Kuźma skończył lubelskie liceum Batorego i poszedł na studia medyczne do Wilna – mówi doktor. – Tam związał się z korporacją lewicową, do której należał Jerzy Sztachelski, późniejszy minister zdrowia. Chyba jeszcze nie miał dyplomu, kiedy wybuchła wojna.
Lubelski epizod
W czasie okupacji pracował w szpitalu Jana Bożego. Brał udział w jakichś akcjach AK. W szpitalu potajemnie słuchano Londynu. Kuźma wspominał straszne sceny, jakie widział na lubelskim Zamku wtedy, gdy Niemcy wymordowali więźniów wycofując się z Lublina. Mówił, że krew lała się potokami, wypływała spod drzwi cel, a ówczesny dyrektor Kożuchowski, lekarze i pielęgniarki ze szpitala wynosili i ratowali tych, którzy jeszcze żyli i zabierali ich do tego właśnie szpitala, który był najbliżej.
Tuż obok szpitala Jana Bożego w Lublinie mieszkał Bolesław Bierut i Kuźma nieraz „po sąsiedzku” z nim rozmawiał. Po wojnie ukończył studia, miał do zdania jeden czy dwa egzaminy. Został ordynatorem chirurgii i dyrektorem szpitala.
Był dobrym, rzutkim i dbającym o szpital szefem. Ale też trzeba powiedzieć, że był dość apodyktyczny i z jego zdaniem należało się liczyć, nie lubił sprzeciwu.
Stres i kłopoty
W 1961 roku popadł w tarapaty z władzami – mówi doktor Kotliński. – Stał się niewygodny, naraził się środowiskom prawniczym. Przy szpitalu był duży teren, z nadania państwowego. Tam pewna grupa ludzi wygrodziła go pod ogródki. Kuźma ostro się sprzeciwił, bo planował rozbudowę szpitala. Kuźma przysporzył sobie wrogów. Szukano na niego sposobu, no i znaleziono. Kilka osób zgodziło się zeznawać przeciw niemu. Wsadzono go do więzienia – siedział bodaj miesiąc. Później ktoś powiedział, że chcą go jeszcze posadzić, więc Kuźma pojechał do kliniki do Warszawy, żeby zrobić dokładne badania. Liczył, że może znajdą jakąś chorobę, która pozwoli mu uniknąć odsiadki. Okazało się, że był absolutnie zdrowy. Więc napisano, że ma jakąś wieńcówkę, trudniejszą wtedy do zdiagnozowania bez pomocy aparatury i tak uniknął pójścia za kratki. Dwa lata później dostaję od niego wiadomość, że dostał krwotoku. Trafił do lubelskiego szpitala. Zdiagnozowano rozsiany nowotwór żołądka, liczne przerzuty. Dwa miesiące później zmarł. Stres, w jakim żył po oskarżeniu i pobycie w więzieniu wywołał taką właśnie reakcję organizmu.
Puławscy lekarze
W Puławach tamtych lat było bardzo wielu dobrych i cenionych lekarzy. Do znanych i lubianych przez pacjentów należał doktor Stefan Wierzejski, radiolog.
– Był też internistą – wyjaśnia Kotliński. – Studiował w Kijowie i uzyskał dyplom tuż przed rewolucją sowiecką, która pożarła tylu młodych ludzi, również Polaków. – Potrafił genialnie odczytywać zdjęcia rentgenowskie, a przypomnijmy, że były one na pewno gorszej jakości niż te, które robi się dzisiaj. Opowiadał historię, z której dziś możemy się śmiać. Wierzejski, jako młody chłopak zachorował na zapalenie wyrostka robaczkowego. Lekarz, którego wezwano powiedział – trzeba przykładać lód. No, można by go zawieźć do Warszawy, ale nie radzę.
Dziś doktor Kotliński śmieje się z tego, ale przed wojną wyrostków nie operowano. Czasem po takich właśnie lodowych okładach pacjent dochodził do zdrowia. Tak właśnie było z Wierzejskim.
W Puławach osiedlił się doktor Franciszek Boratyński, bodaj jedyny wtedy pediatra, znakomity zresztą, do którego przyjeżdżali rodzice z małymi pacjentami z odległych stron.
Po sąsiedzku
Warto wspomnieć o lekarzach, którzy pracowali „obok” – o Stanisławie Leszczyńskim z Kazimierza. Ten w krwawą środę, jaką Niemcy zgotowali mieszkańcom, ze swoją lekarską torbą wyszedł odważnie, niemal swobodnie na ulicę, żeby nieść pomoc tym, którym jeszcze ona byłaby potrzebna.
– Ciekawy życiorys miał Stanisław Bartosiewicz z Nałęczowa – mówi. – Przeszedł szlak wojenny, był lekarzem obozowym w Rumunii, trafił do Francji. Tam, w Pirenejach – złapany podczas przeprawy – przesiedział w hiszpańskim więzieniu. Trafił wreszcie do Wielkiej Brytanii, gdzie w Edynburgu ukończył studia medyczne. Zaciągnął się na ORP „Garland”, który osłaniał konwoje do Murmańska. Podczas jednego z nich, zbombardowany okręt ratował tonących i rannych z innych, zatopionych jednostek i jednak dotarł do portu. Po wyremontowaniu popłynął do Anglii.
Bartosiewicz postanowił wrócić do kraju. Dostał pracę w szpitalu w Chełmie, ale szybko – jako ideologicznie podejrzany – został „zesłany” do Wąwolnicy. Cały czas nękał go UB. Od lat sześćdziesiątych pracował w Nałęczowie.
– W Kurowie praktykę miał felczer – nie pamiętam jego nazwiska – dodaje doktor. – On walczył w armii Budionnego. Takie były czasy – wszyscy mieli za sobą jakąś przeszłość. Jedni się z nią ukrywali w czasach stalinowskich, a nawet późniejszych, innym pomagała osiągnąć sukces.
Coś się popsuło
Ale też trzeba powiedzieć, że lekarze tamtych lat byli wszechstronni – Bartosiewicz składał kości, zszywał rany w Chełmie, operował. Wierzejski był nie tylko radiologiem – także internistą. Leszczyński z Kazimierza był pulmonologiem, prowadził rentgen, miał pod opieką izbę porodową. Nikt nie szedł do lekarza, który nie miał czasu go wysłuchać, wypytać nie tylko o zasadniczą chorobę, lecz także o wszystkie inne dolegliwości.
– Kiedyś pracowało się bez względu na godziny – dodaje Kotliński. – Pewnie, że nikt nie był zadowolony, że za dyżury nie płacono, ale była powinność wobec pacjenta. Coś się zmieniło, popsuło. Szkoda.

























Kontakt:
Cenne i ciekawe jak zawsze, ale...
Ale trochę szkoda, że p. Maria nie zweryfikowała wspomnień dr Kotlińskiego chociażby rozmawiając z synem dr. Kuźmy Krzysztofem. Dosyć często diabeł tkwi w szczegółach, a zdaje się, że w tym przypadku detale nie zawsze sztymują ;-))) _ _ _ Ps. _ _ _ Gwoli jasności. Nie zakładam niczyjej złej woli. Chodzi mi tylko o to, że pamięć ludzka jest ulotna, więc dr Kotliński może nie wszystko dokładnie pamięta, a poza tym może o niektórych sprawach nie wiedzieć. Na przykład o tym, że Krzysiek posiada dowody nadania pieniędzy, które jego dziadek przesyłał jego ojcu studiującemu w Wilnie ;-)
HEY MAM PYTANIE ???
Pan Doktor Kotliński opisuje tutaj między innymi mojego pradziadka Stefana Wierzejskiego, prawdopodobnie czyta to nie jeden Puławianin, który może spytać babcie lub dziadka jaki był mój pradziadek, oczywiście punkt widzenia zależy od punkty siedzenia i nie zawsze on musi być ten sam jak doktora Kotlińskiego, więc jak ktoś może zaptać, był bym wdzięczny, czy był to o.k. koleś, który podczas wojny pomagał ludziom, czy bandyta, czy był to po wojnie miły sympatyczny lekarz ?, czy koleś który przy pomocy zdjęć rentgenowskich wieszał ludzi ? czy pomagał ludziom w potrzebie ? czy zdzierał ostatni grosz z chorych żerując na ich niewiedzy , jestem wnukiem Krystyny, jego córki, pale co roku znicze na jego grobie, jestem a polityczny, po prostu ciekawy, a przekaz rodzinny w pewnym sensie był pozytywny ale takie są przekazy rodzinne, jak by ktoś spytał byłbym bardzo wdzięczny, odchodzą do lamusa ludzie którzy pamiętają wojnę, ale nie jedna babcia wie jeszcze co się tam działo ?
transystor@gmail.com