Mickiewicza i Sienkiewicza: Jak się mieszka na literackich ulicach
Tam zna się każdy kąt, wszystkich sąsiadów, tam jeszcze wciąż ludzie mówią sobie „dzień dobry”. Mieszkańcy uważają, że gdyby nie Azoty, to byłoby tu nadal letnisko sielskie, rodzinne. Czas wszystko zmienił. Nawet, jeśli na lepsze, wygodniejsze to przecież zostały enklawy zieleni i drewnianych willi.
Dom skarbonka
– Przy ulicy Mickiewicza stoi dom mojego dziadka, w którym ja w tej chwili mieszkam – wspomina Anna Szczepińska. – Wszyscy się znali i zawsze trzymali razem może dlatego, że działki dostawali tu przed wojną wojskowi, którzy zawodowo też utrzymywali z sobą kontakty. Nasz drewniany dom w dużym ogrodzie był podobny do innych, jakie tu budowano.
Jak mówi Anna Szczepińska, dom to radość i utrapienie. Tak myślą mieszkańcy podobnych domów przy ulicy Mickiewicza. To skarbonka, do której wciąż się dokłada – nie ukrywają. Ale przecież z wiosną, kiedy zazielenią się pierwsze drzewa, jest radość z tego kawałka ziemi, z tarasu na którym można rano wypić kawę, z ptaków przylatujących każdego roku, nawet jeśli zza ogrodzenia dobiega szum przejeżdżających samochodów. Taka właśnie jest ulica Mickiewicza.
Nikogo nie znam
– Mieszkam w rodzinnym domu przy Sienkiewicza – mówi Irena Pilaszewska. – Zbudowali go po wojnie moi rodzice. Właściwie teraz jestem tam tylko od wiosny, bo na zimę przenoszę się do mieszkania przy ulicy Skłodowskiej. Mam porównanie dawnego z dzisiejszym, starego z nowym. Przy Sienkiewicza rosną jeszcze piękne, stuletnie drzewa i na części ulicy nadal są ładne domki i zadbane działki. Wszyscy tutaj kochają przyrodę. Proszę sobie wyobrazić, że każdej jesieni do mojego ogrodu przylatuje ten sam gawron z białym skrzydełkiem. Kochamy ptaki. Moją sąsiadkę mogłam poprosić, żeby je dokarmiała gdy mnie nie ma. Tutaj ludzie są sobie życzliwi. Przenoszę się więc na zimę na ulicę Skłodowskiej. Przez te kilka lat nie poznałam nikogo. Poza jedną sąsiadką zupełnie nie znam tu ludzi. Każdy żyje sam sobie i anonimowo. A ulica jaka jest? Cała obstawiona autami, ciasna, jeden na drugiego czeka, żeby przejechać – i co w tym pięknego? Czasem pod blokiem przy wejściu leży jakiś pijany i trzeba uważać. Jest parking, ale też nieraz trudno na nim znaleźć miejsce. Zwyczajna ulica bloków, w których mieszkają ludzie obojętni sobie, nieznani, nie mówiący dzień dobry. Czekam na wiosnę...
Spokojna ulica
– Najbliższa okolica mojej ulicy Mickiewicza zaczęła zmieniać się szybko, na działkach wznoszono nowoczesne wille, ładne, murowane domki – opowiada Anna Szczepińska. – Jednak stosunki międzyludzkie nadal są sympatyczne i jeszcze się razem trzymamy W ciągu minionych lat dookoła zaczęły powstawać nowe bloki i można powiedzieć, że my z domków zostaliśmy „obudowani”. Mówiliśmy, że są to bloki „azotowe”, bo na pewno mieszkają w nich również pracownicy zakładów. No, ale kiedy te bloki powstały, zaczęły się problemy, bo – co tam ukrywać, my jesteśmy chyba solą w oku niektórych lokatorów stamtąd. Na czym to polega? Ot, choćby na częstym naruszaniu prywatności posesji. Zastaję w ogrodzie połamane gałęzie, zdewastowane rabaty, zdeptane. Przychodzę po pracy i widzę, że wyłamano drzwi od komórki. Myślę, że to beztroskie zabawy młodzieży. Dziś dzieci nie mają szacunku dla cudzej własności. Takie niedobre zachowania zdarzają się niestety nie rzadko. Kiedyś tego nie było, bo w gruncie rzeczy to ulica spokojnych ludzi, którzy nawzajem się szanowali. Ulica emerytów, ulica lekarzy, notariusza, przedstawicieli biznesu. Jednak stosunki z mieszkańcami bloków nie układają się najlepiej.
Jasna i ciemna strona
– Ulica Sienkiewicza podobała się wszystkim – zauważa Irena Pilaszewska. – Kiedyś była jeszcze bardziej zielona niż teraz i działki były tu drogie, traktowano je jako rekreacyjne. To prawda, że Sienkiewicza jest swego rodzaju granicą między dwoma społecznościami. Z jednej strony mieszkają ci, którzy mają tu rodzinne domy po dziadkach, rodzicach, którzy się tu najwcześniej osiedlili. Wszyscy się znają, wiedzą o sobie, mają do siebie zaufanie, mogą śmiało poprosić o pomoc. Jest spokój. Idąc w drugą stronę ulicy, w stronę dworca, mijamy bloki w których zdarzają się lokatorzy nieszczególni. Ludzie, którzy tamtędy wracają z dworca nie czują się bezpiecznie, zdarzają się zaczepki i nieprzyjemne sytuacje.
Na końcu łąki
Janusz Szczepiński w swojej książce „Ulice Puław” tak pisał o ulicy Mickiewicza: „...ulica obsługująca, nieurządzona, utwardzona (bruk na części długości, obecnie asfalt). (...) Wytyczona po parcelacji terenów pod przyszłe osiedle w 1932r., wtedy też nadano jej obecną nazwę”.
– Och, to oczywiste, że od tamtej pory ulica się zmieniła – uśmiecha się pani Anna. – Dawniej nie było tu kanalizacji, gazu, asfaltu i chodników. Właściciele domków składali się na przełomie lat 80. i 90-tych na te wszystkie media. Jezdnia została wyasfaltowana, zbudowano chodnik. To nie jest na szczęście ruchliwa droga, choć i wśród mieszkańców wiele osób ma auta i robi się coraz ciaśniej.
Ulica Mickiewicza kończy się łąkami, na których w lecie odbywają się młodzieżowe imprezy, nie raz hałaśliwe, ale – jak mówi Anna Szczepińska, nie zdarza się to często, więc nie jest źle.
Wszystko się zmienia
„Ulica nazwana po parcelacji tych terenów w 1932 roku. Zabudowa dawniej niska, jednorodzinna, obecnie niska i średniowysoka, jedno- i wielorodzinna...” pisał Janusz Szczepiński o Sienkiewicza.
– Już czekam wiosny, żeby tam wrócić – uśmiecha się Irena Pilaszewska. – Tam się znamy, kłaniamy sobie, czuję się jak w rodzinie, spokojnie, bezpiecznie. Z sąsiadką dzieli nas tylko siatka, rano można zamienić parę słów. To wciąż ulica zaliczana do tych atrakcyjnych. Owszem, trochę dalej od centrum, ale zielona, spokojna, jest też sklep z podstawowymi artykułami. Tam się inaczej oddycha, choć też się wiele zmienia – powstają murowane domy, wprowadza się młodsze pokolenie. Jeszcze kilka lat temu chodziłam tam na górki z wnukami na sanki, teraz już to wszystko jest zabudowane.
Stare i nowe
Porównanie ulic zabudowanych domkami, które nawet są „nie dzisiejsze”, drewniane, stare z tymi ulicami nowymi, przy których stoją bloki z centralnym ogrzewaniem i wygodami, w opinii obydwu pań, wypada zdecydowanie na korzyść tych pierwszych. Ale takie właśnie są Puławy, w których stare przeplata się z nowym, gdzie tradycja i nowoczesność współistnieją z sobą, a czas przeszły nie przeszkadza przyszłości.

























Kontakt:
Irena Pilaszewska
Wielkie dzięki dla Pani, za zaszczepienie mi w 1970r chęci do nauki j. angielskiego, a później umożliwienie mi dalszej nauki tegoż języka w DK przy ul . Gdańskiej w latach kolejnych. Dzięki Pani, nie wiem czy Panią nazwać Panią Profesor ( jak nazywaliśmy wtedy nauczycieli ze szkół średnich ) czy Panią nauczycielką, ale język angielski opanowałem w stopniu wystarczającym dla podróży po świecie. Dziś mam 59 lat , 24 lata w pracy jako kierowca przewozów w transporcie międzynarodowym, także ADR i chyba dzięki Pani nie mam problemów z wypełnieniem różnych formularzy u odbiorców /granicach/ etc. 3 lata spędziłem w USA gdzie również pracowałem jako szoferak w firmie p. KOZAKA w New Jersey,a dzięki temu zarobiłem na wygodne "locum" w kraju.
Powiadomiłem panią Irenę o Twoim komentarzu.
@lioncat:Pozdrowienia
Pamiętam jak Mickiewicza
koczyła sie górką - u zbiegu z ul. Kaniowczyków (XX lecia PRL) - która w zimie była wielką atrakcją dla dzieci z "dziewiatki". W chwili obecnej stoi w tym miejscu blok.
smutne,
bo obie ulice akurat są rzeczywiście jakby podzielone między domki i bloki - o to najgorsze co może być, szczególnie dla mieszkańców domków ( np sprzątanie po pupilkach wyprowadzonych z bloku a lubiących głównie furtkii trawnik przy domkach -przy spojrzeniu właścicieli na "dziobaka" (tzn. nos w dół i wzrok rozbiegany, czy nikt nie widzi ...)
Wbudowywanie bloków jako "plomby" jak np blok na rogu Mickiewicza i Reymonta, powoduje całkowite zatracenie charakteru danej ulicy. Uważam takie działanie za przejaw całkowitej indolencji , braku wyobraźni ( godzenie wody z ogniem) oraz myślenia rodem ze starej, proletariackiej epoki ("burżuje" z domków jako druga kategoria) ze strony odpowiedzialnych za ten stan urzędników ( ale oczywiście nikt takich nie znajdzie, bo odpowiedzialność za ten stan rzeczy jest strasznie u nas rozmyta)...