Judymowie tamtych czasów. Historia puławskiej służby zdrowia
W Puławach nie brakowało lekarzy ofiarnych. Dawny szpital pw. św. Karola Boromeusza ufundował w 1840 r. Karol Khittel, lekarz nadworny książąt Czartoryskich. Starsi mieszkańcy do dziś wymieniają takie nazwiska jak Benjamin Honigsefld, Apolinary Horodyski, Zygmunt Pęski, Eugeniusz Friedhofer czy Eugeniusz Mierczyński. To lekarze, którzy z ogromnym poświęceniem pracowali dla tutejszej ludności. Jednak – jak powiada doktor n. med. Ludwik Kotliński, szczególnie Mierczyński zasłużył się dla puławskiej służby zdrowia. Tablica pamiątkowa jemu poświęcona powinna znaleźć się na tutejszym szpitalu, a szpital nosić jego imię. Takie też było pragnienie personelu, który go znał, z nim pracował i pacjentów, których wyleczył.
Przyjeżdża Judym
– W latach 20. ubiegłego wieku służba zdrowia w Puławach zaczęła się odradzać – mówi doktor Kotliński, chirurg, urolog. – Nadal funkcjonował dawny szpital Karola Boromeusza, choć już warunki były tam trudne. Zorganizowano też prowizoryczny szpital zakaźny.
W tym czasie do Puław przyjeżdża prawdziwy doktor Judym. To znakomity chirurg Eugeniusz Mierczyński, który rezygnuje z intratnej posady w warszawskiej klinice, być może ze świetnej kariery i przyjeżdża tutaj, żeby zorganizować oddział w szpitalu Karola Boromeusza. To on z poparciem sejmiku powiatowego podjął usilne starania o budowę nowego szpitala.
– W sejmiku w większości zasiadali tutejsi gospodarze – opowiada doktor. – Pojechali do Warszawy w tej sprawie. Wreszcie wydzielono działkę vis a vis szkoły Czartoryskich, a architekt Władysław Borkowski otrzymał zlecenie zaprojektowania szpitala na 120 łóżek z mieszkaniami dla dyrektora i kilku osób personelu. Budowy podjął się pan Czepkowski ze Skowieszyńskiej. W 1938 r. odebrano już pierwszą część budowy. Eugeniusz Mierczyński nie tylko z poświeceniem pracował jako chirurg, lecz także cały czas nadzorował budowę.
Nowy szpital
Do 1939 r. wykonano bardzo dużo. Jak mówi doktor Kotliński, nowoczesne instalacje warszawskiej firmy Szpotańskiego budziły podziw jeszcze wiele lat po wojnie. Studenci z politechniki przyjeżdżali zobaczyć, jak wyglądają znakomicie położone, piękne lastrikowe posadzki. Była już zainstalowana elektryczność, a szpital miał swój radiowęzeł.
– Niemcy, którzy weszli do Puław zapewne mieli do zrobienia tylko jakieś prace wykończeniowe w budynku – stwierdza Ludwik Kotliński. – Trzeba zauważyć, że nie bombardowali ani szpitala, ani szkoły położonej po drugiej stronie ulicy. Mieli dobry wywiad. Wiedzieli, że obydwa obiekty będą im potrzebne. I szybko zajęli szpital i szkołę, gdzie lokowano rannych.
Przed wojną chirurg musiał umieć wszystko. Mierczyński był właśnie tym, który operował tarczycę, wykonywał resekcję żołądka i cesarskie cięcie, był uniwersalny.
– Rozmawiałem z pielęgniarką, która z nim pracowała i m.in. podawała narkozę. Maria Siwecka była zachwycona osobowością Mierczyńskiego – wspomina doktor. – Pamiętajmy też, że w tamtych czasach szpital był raczej miejscem dla ubogich. Bogatsi leczyli się w domu. Znany był podręcznik Wojciechowskiego o tym, jak urządzić salę operacyjną w domu. Kobiety też nie rodziły w szpitalach – w ich domach porody przyjmowały akuszerki.
Życie wtedy bardziej niż teraz zależało od fachowości i właściwej opieki. Żaden tomograf komputerowy nie ułatwiał diagnozy, nie było nawet antybiotyków. A po wojennej tułaczce Mierczyński nie miał czego szukać w Puławach. Odmówiono mu miejsca w szpitalu, który w dużej mierze dzięki niemu powstał. Wyjechał do Wrocławia i nigdy się tu nie pokazał.
Dary z UNRR-y
– Przyjechałem do Puław w 1954 r. z nakazem pracy – wspomina doktor Ludwik Kotliński. – Szpital był piękny i jak na tamte czasy wspaniale wyposażony. Było sporo sprzętu wojskowego, amerykańskiego z UNRR-y. Dostaliśmy stamtąd dużo leków, nawet plazmę w takich butelkach, jakie u nas nie były znane. Długo z tego korzystaliśmy.
Puławy były zrujnowane, nic się nie budowało. Młody doktor Kotliński nie mógł liczyć na przyzwoite lokum. Przez osiem lat wraz z rodziną mieszkał w drewnianym baraczku.
– Jak było? Ciężko, ale wspaniale bo ludzie byli zżyci, bezinteresowni, pacjenci i lekarze mieli wzajemne zaufanie, łatwiej było leczyć. Służba zdrowia była dość siermiężna, ale szanowana.
Przy Piłsudskiego w niewielkim domu mieściło się pogotowie z dwoma autami służącymi za karetki.
– Na szczęście na początku były to amerykańskie dodge, które jakoś radziły sobie na strasznych drogach – śmieje się Kotliński. – Jednak do Nałęczowa jechało się godzinę. Tam była izba porodowa i jeśli trzeba było wykonać cesarskie cięcie, rodzącą przewożono do Puław.
Mierczyński stworzył w Puławach znakomity ośrodek chirurgiczny. Po wojnie w szpitalu był jeszcze oddział internistyczny, laryngologiczny, zakaźny, gruźliczy. Zakaźny zajmował trzy sale z odrębnym wejściem.
Przeprawa przez Wisłę
– Była duża skuteczność leczenia – wspomina doktor Kotliński. – Jak ktoś był zraniony w serce, to się szyło, jak miał urazy twarzoczaszki – to się operowało, cesarskie cięcie również wykonywaliśmy, choć nie było oddziału ginekologicznego.
Opowiada doktor, że ciężką zimą chorego dowożono sańmi nieraz kilka kilometrów do miejsca, do którego mogła dojechać karetka.
– W Janowcu była izba porodowa, ale z Góry Puławskiej nie było jak dojechać do Janowca – wspomina L. Kotliński. – Niemal do lat 60. żaden samochód tamtędy się nie przedostał. Jeśli Wisła zamarzła, a rodzącej potrzebna była pomoc, saniami przewożono kobietę na drugi brzeg i karetką do Puław. Jeśli woda płynęła, to z brzegu krzyczano na przewoźnika, który – do dziś pamiętam – nazywał się Paziak. – Paziak podpływał, zabierano rodzącą na łódkę, przeprawiano się z nią na drugi brzeg do Kazimierza i stamtąd karetka zabierała ją do Puław. Do dziś pamiętam majową noc, śpiewały słowiki, a kilometrami w jedną i drugą stronę rzeki niósł się krzyk rodzącej. Tak wtedy wyglądała ta nasza służba zdrowia. I mimo wszystko rodziły się zdrowe dzieci. Pierwszą czynnością lekarza było w takich wypadkach sprawdzenie, czy rodząca nie ma na sobie majtek, bo najczęściej tak było – śmieje się doktor.
Mówi, że nigdy nie żałował przyjazdu do Puław. Wisła wolno płynęła, po tej stronie były piękne plaże ze złotym piaskiem i koszami jak w Sopocie. Do stacji kolejowej kawał drogi i na dobrą sprawę nie było tam dworca, tylko jakaś mała budka. Jedno kino, występowały teatry amatorskie, w których panie – jak się dziś śmieje doktor – pretendowały do roli Grety Garbo.
– Były organizowane bale w kasynie, ludzie się z sobą spotykali, bo nie wszyscy nawet mieli radioodbiornik, a telewizja miała być w jakiejś tam przyszłości. W szpitalu panowały niemal familijne stosunki, pracowało się wspaniale. Gdy myślę o doktorze Mierczyńskim, o budowaniu tego szpitala, to jestem pełen podziwu dla wspaniałego zrywu narodowego w dwudziestoleciu międzywojennym. Ile udało się zrobić wspólnymi siłami, jacy wspaniali i bezinteresowni ludzie do tego się przyczynili. Także w Puławach.

























Kontakt:
Doooooooobre
Gratulacje za ciekawy artykuł i zdjęcia
Brawo!
Takie artykuły chce się czytać! Brawo, brawo, brawo!
Te artykuły ...
Te artykuły aż chce się czytać. A tak BTW - dawno temu od mieszkańca Parchatki usłyszałem o tzw. "polu guzików" czy też "poligonie guzików" ( pomiędzy Włostowicami a Parchatką ) co miało związek ze stacjonującym w Puławach, na początku ub. wieku wojskiem carskim. Można zapytać p. Spóza o to. Byłbym wdzięczny za odpowiedź.