drukuj

Historia: Znad Donu do Puław po śmierć

Tadeusz Hryniewski z kolegami z podchorążówki

O tragicznej historii rodzinnej opowiada Mikołaj Spóz, regionalista.

Być może dawniej ludzie nie przywiązywali wagi do miejsca urodzenia. Może też o tym po prostu nie mówili, albo nie wydawało im się to ważne. Zresztą, kraj pod zaborami wydawał się lub bardzo mały lub bezmiernie ogromny, bo Polacy szukali swojego miejsca w granicach carskiego imperium, a ono ciągnęło się aż na krańce Azji. Tak więc osiedlali się przymusowo lub dobrowolnie daleko od macierzy. Rodziły się na obczyźnie nowe pokolenia, ale przecież w końcu wracali. I tamto miejsce było tylko śladem w metryce. Osadzali się w swojej nowej „małej ojczyźnie", pracowali i ginęli dla niej.

Skąd przybyli?

– Wielu mieszkańców Puław urodziło się gdzieś na terenie imperium – mówi Mikołaj Spóz. – Tak było między innymi z Kinardtami z którymi moja rodzina była skoligacona. – Jednym z oryginałów znanym w mieście, był Jan Kinardt. Skąd przybył? Nie wiem. Ojciec Jana – Ludwik był z profesji mistrzem kamieniarskim. Miał swój warsztat, a syn przejął profesje po ojcu – na pewno też uczył się od niego. Jan był także z zamiłowania myśliwym. Na puławskich cmentarzach jest dużo pomników sygnowanych przez Kinardtów. Są takie również na cmentarzach w Baranowie, Końskowoli, Górze Puławskiej. Znać, że jego warsztat cieszył się uznaniem. Znak tego kamieniarza znajduje się także na wodotrysku w parku. Jest tam niewielki wodotrysk, który kiedyś stał obok pałacu Marynki – mówi Spóz. – Woda z muszli spływa, zaglądam kiedyś do środka i zobaczyłem tam jego inicjały. Myślę, że podczas przenosin wodotrysk został uszkodzony i Kinardtowi zlecono jego naprawę.

Stary kawaler

Kamieniarz miał dość lichy domek i warsztat przy ulicy Kazimierskiej.

– Pamiętam jak było wewnątrz, bo zaglądałem tam nie raz z moją mamą – wspomina Spóz. – Pan Jan był – jak to się mówi – starym kawalerem i z porządkiem w chałupie nie było najlepiej. Niewielkie wnętrze było zagracone, przed kaflową kuchnią leżała górka popiołu wybranego z popielnika. Na ścianach wisiały poroża i skóry zabitych przez niego zwierząt, i strzelby, w środku panował wielki nieład. Tym bardziej, że Kinartt pożyczał pieniądze pod zastaw, a nie każdy odbierał zastawione rzeczy, więc taki składzik był w izbie. Obok książek i gazet walały się różne przedmioty, narzędzia kamieniarskie, naczynia.

Jak wspomina Mikołaj Spóz, Kinardt był jednak oczytany, choć powszechnie uważany za dziwaka.

Uważany był za człowieka zamożnego, choć wyglądał jak abnegat.

– Przed sklepem Korzeniowskiego na Kazimierskiej stała ławeczka – opowiada Spóz. – A „ławeczka" zawsze wszystko wiedziała. Tam się kumulowały najnowsze wiadomości mniej i bardziej prawdziwe, miejscowe ploteczki i wydarzenia. Tak więc bywalcy ławeczki mówili, że Kinardt sobie dużo uzbierał na tym pożyczaniu pieniędzy i na nagrobkach, które robił.

Oparcie w rodzinie

– Moja ciotka Maria z domu Kinardt wyszła za mąż za Józefa Hryniewskiego. – Kamieniarz był jej stryjem. Józef Hryniewski urodził się w Rostowie nad Donem. Przypuszczam, że jego rodzina, a także mojej ciotki znalazła się tam w poszukiwaniu chleba. Józef Hryniewski był człowiekiem wykształconym – był notariuszem. Jak znaleźli się w Puławach? Sądzę, że wygnała ich z Rosji rewolucja, że przed nią uciekali. Dlaczego do Puław? Tutaj mieszkał Jan Kinardt, stryj Marii, a każdy chce mieć jakieś oparcie przyjeżdżając do obcego miejsca. Brat ciotki, który był w granatowej policji na Kresach, także w Puławach, przy ulicy Kazimierskiej kupił sobie mały domek. Traktował go właściwie jako letniskowy i od czasu do czasu tu przyjeżdżał. Tak więc Hryniewscy postanowili przyjechać właśnie tutaj. Ich wędrówka z ogarniętej pożogą Rosji trwała dość długo. Wreszcie jednak dotarli do Puław. Mieli troje dzieci, ale córeczka zmarła mając zaledwie roczek. Syn Józek, z którym bawiłem się jako dziecko, miał w szpitalu św. Karola Boromeusza operowany wyrostek. Zaraz po operacji zachciało mu się pić. Jakaś nie rozgarnięta baba napoiła go obficie kompotem i niestety dziecko zmarło. Najstarszy – Tadek w 1929 roku chodził do gimnazjum im. Księcia Adama Czartoryskiego. Podczas wakacji jeździł na kursy przysposobienia wojskowego, a po maturze poszedł do szkoły podchorążych.

Szkołę w stopniu kaprala podchorążego artylerii przeciwlotniczej ukończył akurat wtedy, kiedy rozpętała się II wojna światowa.

Wojna

Otrzymał przydział do Stężycy , był dowódcą plutonu. Jego bateria broniła mostu na Wiśle w Dęblinie. 7 września zostali skierowani do Włodawy. W Chełmie zestrzelili samolot niemiecki. Po kapitulacji zniszczyli działa i pojazdy. Część żołnierzy dostała się do niewoli, Tadeuszowi Hryniewskiemu udało się uciec. Wrócił do Puław, ale przy ulicy Puławskiej 20 gdzie mieszkał domu już nie było. Podczas walk spłonął doszczętnie wraz z całym dorobkiem Hryniewskich.

– Ciotka z mężem i Tadeuszem zamieszkali w małym domku letnim, który zakupił jej brat, w warunkach dramatycznie trudnych, w ciasnocie i niewygodach. Ale to dla kobiety, która straciła dwoje dzieci nie było najgorsze – najgorsze miało jeszcze przyjść.

Ściana Śmierci

Tadeusz szybko wstąpił do ZWZ. Zatrudnił się jako robotnik leśny w Żyrzynie i tam zamieszkał.

– Myślę, że wybrał Żyrzyn ze względu na to, że w domku w Puławach były fatalne warunki, a także dlatego, żeby nie narażać rodziców – mówi Mikołaj Spóz. – Dostał od Niemców przepustkę umożliwiającą poruszanie się po Generalnej Guberni. Raptem, któregoś dnia został aresztowany. Ludzie opowiadali, że Niemcy przywieźli go do Puław, wsadzili na łódkę i kazali nurkować w Wiśle na wprost Łachy. Nie wierzyłem w to. To było jakieś absurdalne. Ciotka też niewiele mówiła. Raz tylko wyrwało jej się, że wie, kto go zdradził. Spotkała tego człowieka, zawołała go, a on na jej widok zaczął uciekać.

Tadeusza Hryniewskiego wywieźli na lubelski Zamek i do Oświęcimia, i słuch o nim zaginął.

– Po wyzwoleniu w domu ciotki zjawił się jakiś człowiek i powiedział – byłem z waszym synem w Oświęcimiu, Niemcy go rozstrzelali pod Ścianą Śmierci – opowiada Mikołaj Spóz. – Ciotka nie chciała w to uwierzyć. Wciąż miała nadzieję dlatego, że w Oświęcimiu nie było dokumentów świadczących o tym, że Tadka rozstrzelali. Jednak po jakimś czasie przychodzi z ówczesnych Niemiec Zachodnich pismo, że Tadeusz Hryniewski „zginął" w 1942 roku. Okazuje się, że część dokumentów obozowych Niemcy uciekając zdążyli wywieźć z sobą.

A jednak nurkował

– Wydawało się, że jest to już historia zakończona – wspomina Mikołaj Spóz. – Rodzice stracili troje dzieci. Ciotka bardzo cierpiała po stracie Tadeusza. Józef Hryniewski zatrudnił się w kancelarii notarialnej Pawła Garapicha. Kim był Garapich? To wojewoda lwowski w latach 1924-27. On żegnał szczątki Nieznanego Żołnierza Obrońcy Lwowa z 1918 roku, które z honorami przewieziono do Warszawy i pochowano w Grobie Nieznanego Żołnierza. On przyczynił się do rozbudowy cmentarza Orląt Lwowskich. W 1940 roku dzięki lewym papierom udało mu się uciec z obszaru okupowanego przez sowietów. Osiadł w Puławach i tu pracował do śmierci.

Historia Tadzia Hryniewskiego w pewnym momencie znów wróciła. Mikołaj Spóz wcale nie zapomniał tego nieprawdopodobnego epizodu, o jakim mówili ludzie.

– Spotkałem kiedyś pana Jerzego Korzeniowskiego, który dużo wiedział o Puławach i pamiętał dobrze wydarzenia z czasu okupacji – zaczyna Spóz. – Pytam go czy wie coś o tym, jakoby Niemcy na wysokości Łachy kazali nurkować jakiemuś młodemu człowiekowi. A on odpowiada – ależ ja to widziałem na własne oczy! To był kwiecień albo maj 1941 roku. Przywieźli młodzieńca, wsadzili na łódkę i kazali mu bez przerwy nurkować. Wypływał, ledwo zaczerpnął wody i znów nurkował. Pilnowali go pod bronią. Jakiś czas to trwało i widać było, że już jest bardzo zmęczony, ale wreszcie za którymś razem wyciągnął z trudem jakąś skrzynkę, która Niemcy od razu zabrali.

Zdrada

Mikołaj Spóz w końcu odkrył, o co chodziło z tym nurkowaniem. Otóż Tadeusz Hryniewski należał do AK. Jego grupa w Warszawie napadła na niemiecki lombard.

– Niemcy tam zastawiali cenne przedmioty zrabowane Żydom, albo Polakom – wyjaśnia. – Pieniądze za to otrzymane przepuszczali na hulanki albo wysyłali rodzinom do Rzeszy. Grupa Tadka Hryniewskiego chciała zdobyć środki na zakup broni. Obrabowali ten lombard. Wszystkich złapano i stracono. Przeżył jeden – ten, który ich zdradził. Po wojnie i po śmierci męża ciotka została niemal bez środków do życia. Pisała do urzędów o jakąś rentę, o zapomogę, powoływała się na to, że syn zginął za ojczyznę, że był żołnierzem podziemia. Ale myślę, że to był właśnie błąd, bo wtedy żołnierzy AK prześladowano i lepiej by było, jak by o tym nie pisała.

Zdjęcia

  • Tadeusz Hryniewski z kolegami z podchorążówki
  • Zdjęcie z matką
  • Hryniewski na ciągniku artyleryjskim

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
siwy71
siwy71 ndz., 2012-01-08 18:18

Bardzo interesująca historia

Bardzo interesująca historia ,jedna rodzina ,a tyle tragedii ....