Historia Puław: Strach i radość tamtych dni
Wojenne wspomnienia ożywają nie wiedzieć kiedy. Czasem jakiś film, książka, czyjeś zdanie rzucone w dyskusji przywołują na pamięć tamte dni, tamten czas traumatyczny dla dorosłych, a tym bardziej dla dziecka. Obrazy przyjazne, sielankowe mieszają się z tymi, które jeszcze dziś zdają się straszne, choć to czas już tak odległy.
Wtedy w lecie w sadach zawiązały się owoce i oblepiały drzewa swoją obfitością. Był kolejny rok wojny, a nadzieja, że to już może ostatni, pozwalała lżej oddychać. Wieści szły od wschodu i pozwalały sądzić, że niewola wkrótce się skończy. Tego gorącego dnia lata, dziwna cisza zapanowała nad Puławami. Niemal zwierzęcym instynktem wyczuwało się jednak jakiś niepokój, choć w domach ukrytych wśród rozłożystych jabłoni życie płynęło na pozór zwyczajne.
Niemcy uciekają
– Pamiętam tę niezwyczajną ciszę bo wszyscy wiedzieliśmy, że po stodołach i budynkach gospodarczych w mieście ulokowani są Niemcy z bronią maszynową – wspomina Mikołaj Spóz. – Przy bramie na Mokradkach było stanowisko artylerii przeciwpancernej z działem, później przeniesione na Głęboką Drogę. Te oddziały – jak sądzę – miały ochraniać odwrót Niemców. Z reguły znajdowali się w nich już starsi ludzie, około pięćdziesiątki, często Austriacy i pewnie już skazani na stracenie, bo na froncie potrzebni byli młodzi, silni i zdeterminowani żołnierze. Pochowali się więc w zabudowaniach mieszkańców, i co tam dużo mówić – ludzie wciąż się ich bali, choć czuli, że koniec okupanta bliski.
W tę złotą ciszę lipca 1944 roku raptem wdarł się niesamowity łoskot, gwar, krzyki.
– W pewnym momencie, od strony Włostowic ukazała się kolumna uciekinierów – przypomina sobie Spóz. – Dwiema stronami ulicy Kazimierskiej, obok naszego domu, ciągnęły kolumny Niemców het, gdzieś spod Zamościa, gdzie przecież zostali osiedleni, skąd wypędzono Polaków z ich gospodarstw. Piechotą i na wozach koloniści uciekali przed sowietami. Nie raz na wozie siedziały dzieciaki i kobieta trzymająca karabin, wokół niej piętrzyły się graty, skrzynki, garnki, często coś gubiła, na drogę spadały różne rzeczy. Cała ta kolumna chciała dostać się do mostu na Wiśle, ale stamtąd byli zawracani na Dęblin. Środkiem tego exodusu jechało wojsko. Niejeden żołnierz spał na koniu, kobyła postronki i lejce wlokła za sobą. Ja chłopak ciekawy, stałem za płotem i obserwowałem to wszystko. Zresztą bardziej lub mniej na widoku obserwowało to wielu sąsiadów. Raptem, przed naszym domem z jednego wozu spadła drewniana skrzynka. Roztłukła się i ze środka wypadły granaty.
Tak niespodziewanie, jak pojawiła się hałaśliwa kolumna, znów zapadła cisza i wszyscy zniknęli w pyle i kurzu drogi.
– W świetle ulicy Kazimierskiej zobaczyłem pana Kamińskiego, tego u którego podczas okupacji chowała się Żydówka. Miał ze sobą koszyk. I widzę, że schyla się i jak spadłe jabłka zaczyna do kobiałki zbierać te granaty. Zza płotu wyskoczył Niemiec i zaczął na niego krzyczeć. Dobrze, że nie strzelił – zauważa Spóz. – Kamiński te granaty poustawiał pod drzewem i się oddalił. Do dziś to drzewo stoi – śmieje się Spóz.
Razem bezpieczniej
Gdzieś od strony Końskowoli słychać było strzały karabinowe. Ojciec pana Mikołaja mówił – pewnie naciera piechota. Po jakimś czasie znów zapadła cisza.
– Niespodziewanie od strony Kazimierza słyszymy jakiś szum okropny, jakiś odgłos niezwykły – opowiada Spóz. – Znów biegniemy do płotu. I przed naszymi oczami przejeżdża czołg rosyjski jeszcze zamaskowany gałęziami. Wyskakują z kryjówek żołnierze niemieccy, coś rzucają, ale czołg prawie ich już minął i tylko za nim rozległ się straszny huk, a w naszym domu szyby popękały. Czołg raz wystrzelił i pojechał w kierunku Głębokiej Drogi.
Ludzie z jednej strony bali się o życie. Bali się i Niemców i Sowietów. Z drugiej jednak byli ciekawi. Może też chcieli na własne oczy widzieć, jak uciekali niedawni panowie zycia i śmierci, napaść tym widokiem oczy, nasycić się zwycięstwem. Jednak Niecy mimo, że świadomi byli nacierających Sowietów wciąż jeszcze rządzili w mieście. Dużą grupę mieszkańców środkiem drogi pognali w stronę Gościńczyka, a tam już było kilkadziesiąt osób. Kazali się położyć przy płocie domu pana Petrusa. Do jego domu wrzucili granat, ale ten nie eksplodował. Jeden z Niemców pijany, straszył wszystkich karabinem maszynowym. Wreszcie inny kazał całej grupie iść przed sobą. Gdy odeszli do ulicy Lubelskiej piękną polszczyzną powiedział – teraz idźcie sobie stąd, uciekajcie. Okazało się, że pochodził spod Poznania.
Środkiem ulicy Lubelskiej szli całą grupą. Razem. Może tak czuli się bezpieczniej. Skręcili do Instytutu i tam zeszli do piwnic w których było pełno ludzi. W pewnym momencie do drzwi piwnicy ktoś łomocze. Mężczyźni się pochowali, kobiety otwierają. To Niemcy. Przyszli po mężczyzn, żeby ci im pomogli wypchnąć samochody, które ugrzęzły w Dolnych Ogrodach.
Nie ma mostu
Rodzina pana Mikołaja też schowała się do piwnicy. – Byli tam już nasi sąsiedzi – wspomina Spóz. – Siedzieliśmy dość długo, zrobiło się już szaro. Pan Czuchryta, który był ułomny, nie mógł zejść na dół i Niemcy go zobaczyli. Pod karabinem musiał wejść na drabinę w stodole, kazali zerwać strzeszaki z dachu i tam ustawili karabin maszynowy.
Od strony Włostowic idzie kobieta i rozmawia z Niemcami, którzy prowadzą pod bronią kilku mężczyzn. Ona tłumaczy im, że nie było rozkazu ewakuacji ludności cywilnej i dlatego w mieście jest wciąż tyle ludzi.
– Myślę, że mogła to być Anna Renet, bardzo zasłużona, która podjęła się roli tłumacza i uratowała życie wielu ludziom – dodaje Mikołaj Spóz.
Do piwnicy, w której siedzą Spózowie z sąsiadami przybiega Czuchryta.
– Woła, że wszystko dookoła się pali, żeby uciekać. To na Mokradłach, gdzie Niemcy podpalili spichlerze i magazyny zapalił się olbrzymi sokor. Płonące gałęzie, które z drzewa spadały jak pochodnia, zapalały następne zabudowania.
Wieczorem Spózowie słyszą silne wybuchy. – To most wysadzili – powiedział ojciec Mikołaja.
Wolne miasto
Na niebie pojawiło się dużo samolotów niemieckich. Jak wspomina Mikołaj Spóz, latały tak nisko, że można było rozpoznać twarz pilota. Strzelali z karabinów maszynowych do wszystkiego, co się rusza. Niemcy podpalili Włostowice. Kiedy trochę to ucichło, ludzie powoli, pod osłoną ciemności zaczęli wychodzić ze swoich kryjówek.
– Poszliśmy na ulicę Głęboką, a tam jeszcze dopalał się czołg, który niedawno obok nas przejeżdżał – opowiada Spóz. – Zostały z niego strzępy po niemieckim ostrzale. Własna amunicja go rozerwała. Dwóch czołgistów uratował i gdzieś ukrył Antoni Szudejko, trzej zginęli.
25 lipca do miasta wkroczyły oddziały 2 Armii Pancernej i oddziały piechoty 8 Armii Gwardii I Frontu Białoruskiego. Niemców już nie było.
– Ludzie chodzili i oglądali straty i te najnowsze i te jeszcze z września – mówi Spóz. – Może jeszcze wtedy nikt nie myślał o tym, że nadeszła pora odbudowy, że teraz domy i kościoły będzie można naprawiać, odbudować. Wszyscy się raczej cieszyli, że Niemców już nie ma, że nikt nie będzie strzelał na ulicy. Oczywiście, przyszły inne ciężkie czasy, ale na razie wszyscy cieszyli się wolnością.




























Kontakt: