drukuj

Historia Puław: Skromni bohaterowie mrocznych czasów

Sala magistratu

Fot. ze zbiorów Mikołaja Spóza

O zasłużonych mieszkańcach Puław opowiada Mikołaj Spóz, regionalista.

Wspomnienia poświęcone osobom zasłużonym a nieżyjącym, Zaduszki, opowiadania o minionych czasach i ludziach, których już nie ma wśród nas, do tego wszystkiego skłania jesienna aura, listopadowe święta. To dobrze, że przypominamy o tych skromnych bohaterach, którzy tak wiele zrobili dla innych, dla ojczyzny.

– Takie listopadowe dni zawsze nastrajają mnie do wspomnień – mówi Mikołaj Spóz patrząc na fotografie z czasu wojny i okupacji. – Z wiekiem też coraz ostrzej widzę tamte obrazy, które przesuwały się przed moimi oczami. A byłem wtedy dzieckiem, które nawet nie w pełni zdawało sobie sprawę z grozy wojny, choć na jej początku widziałem zabite konie. Później także ludzi.

Odważna tłumaczka

Niemcy opanowali miasto. Wśród tlących się zgliszczy, ulicami pokrytymi gruzem ze zburzonych domów, prowadzono jeńców, polskich żołnierzy. Co jakiś czas ktoś z przechodniów poznawał znajomego, krewnego, zrywały się okrzyki i płacz, ktoś komuś podawał butelkę z wodą pod kolbami niemieckich karabinów.

– Pamiętam, jako mały chłopiec ze strachem patrzyłem, jak pędzili ich za Wisłę – Spóz przywołuje wspomnienia z dzieciństwa. – Na noc zatrzymywali się na terenie jednostki albo przy zrujnowanym kościele. Tam kładli się spać gdzie kto mógł – na trawę, pod murem, a wszyscy pod gołym niebem. Za kolumną jeńców tłum cywilów szedł w drugą stronę, był tłok, chaos i zamieszanie. Pod domami przemykali mieszkańcy ze zgrozą i smutkiem patrząc na ten exodus.

Do Puław przybyła Anna Renet, nauczycielka. Ktoś okupantom powiedział, że ona dobrze zna niemiecki. Zatrudnili ją przy przeprawie mostowej jako tłumaczkę.

– To była dzielna kobieta – mówi z przekonaniem Spóz. – Wiedziała, jak wykorzystać znajomość języka, żeby pomóc ludziom. Kazali jej np. spytać mężczyznę, czy był w wojsku. A ona zadawała pytanie – „prawda, że pan nie służył w wojsku?". Od razu sugerowała odpowiedź. W ten sposób uratowała wiele osób.

Kto dzisiaj o tym wie? O tych cichych bohaterach, którzy narażali swoje życie dla sprawy?
– Anna Renet w czasie okupacji wystarała się o pozwolenie na otwarcie szkoły. Niemcy zgodzili się, bo uważali, że będą mieć później pracowników do zarządzania okupowanymi terenami. Zabroniona była nauka historii i polskiego. Oczywiście pani Anna potajemnie prowadziła takie lekcje, a wiadomo, co za to groziło. Ci uczniowie, którzy tu się uczyli, unikali wywiezienia na przymusowe roboty. Po wojnie Anna Renet otworzyła w Puławach szkołę, ale tak nowe władze ją dręczyły, że musiała zrezygnować z pracy – dorzuca Mikołaj Spóz.

Skromni bohaterowie czasu wojny. Kto dziś ich pamięta?

Wojenni kronikarze

– Nastrój wojny wyczuwało się już wcześniej – wspomina Mikołaj Spóz. – Atmosfera napięcia zaczęła się praktycznie rok wcześniej, kiedy polskie wojsko poszło na Zaolzie. Ludzie już wtedy zaczęli wycofywać pieniądze z banków, byli jacyś spanikowani, przewidywali, że może coś się dziać. Do mojego ojca przychodził Zygfryd Gawęda i Józef Hryniewski i rozmawiali o sytuacji w kraju. Gawęda – inżynier chemik przed wojną pracował w fabryce zbrojeniowej, Hryniewski w czasie pierwszych dni wojny również pisał codzienne notatki. Zarówno on, jak i magistracki urzędnik Michał Podurgiel wiernie oddali atmosferę pierwszych dni wojny w Puławach. Ten ostatni prowadził skrupulatne zapiski.

Michał Podurgiel pisał: 1 września 1939. „W Puławach na skutek wkroczenia wojsk niemieckich na terytorium Rzeczpospolitej ogromne masy zgłaszających się do PKU. W sklepach i składach wykupywano produkty potrzebne i czyniono je w gorączkowym zapędzie. Wykupiono naftę i cukier".

– Pamiętam to doskonale – uśmiecha się Spóz. – Światła nie było, do łask wróciły lampy naftowe. Matka ze mną i rocznym bratem chodziła do sklepów, na jej głowie było zaopatrzenie domu, a wszędzie już był tłok, kolejki, panika, coraz mniej towarów. Jakieś wiktuały zakopywała w ogrodzie, także bańkę z naftą. Ojciec pamiętał poprzednią wojnę i wiedział, że trzeba robić zapasy. Rodzice kupili worek mąki, ojciec bardzo mocno ją ubił i worek wpuścił do studni. Także w pierwsze dni wojny mama z nami uciekała z Puław. Kiedy wróciła i wydobyła worek, okazało się, że z wierzchu utworzyła się skorupka, a w środku mąka była bardzo dobra.

Droga ucieczki

Z notatek Podurgiela: „2 września 1939 – Rzucono dwie serie bomb na most. Nieszkodliwie. Strat w mieście nie było. Z Pomorza poznańskiego przybywają uciekinierzy..."

4 września 1939: „Bombardowanie ogranicza się do Dęblina, lotniska oraz linii kolejowych".
– Pamiętam, jak mama rozmawiała z niektórymi i radziła, żeby ubierali się na ciemno, bo z góry są bardzo widoczni – wspomina Spóz. – Fala ludzi szła na przełaj, polami, na Skowieszyn, Parchatkę, Bochotnicę. Uciekali z bombardowanego Dęblina. Ci z zachodu szli też szosą radomską przez most, na wschód. Sądzili, że Wisła będzie tą linią, na której wróg się zatrzyma. Droga między Puławami, a Żyrzynem wypchana była wojskiem, cywilami, wozami wyładowanymi, a ciągnęły je konie albo ludzie. Działy się dantejskie sceny, tłok, przepychanie. Jak usłyszeli samolot, wszyscy uciekali w pole, do lasu, do rowu. Później uciekającym z miasta towarzyszyły łuny pożarów, końskie trupy na drodze. Słabi starzy ludzie siedzieli w rowach, bo nie mieli siły iść dalej. Niektórzy uciekinierzy z Poznania czy z tamtych stron zatrzymywali się w Puławach, a nawet zostawali w nich na stałe. Później Puławy stawały się azylem dla tych, którzy uciekali przed sowietami. Tu m.in. został Paweł Garapich, który był wojewodą lwowskim i zadbał o założenie Cmentarza Orląt.

Michał Podurgiel zanotował:

7 września: „...od bomb zapalających powstały pożary na ulicy Lubelskiej, Zielonej, Izabeli – kościół. (...). urzędy opuściły miasto względnie przestały istnieć. Ludność cywilna w popłochu opuściła miasto."
9 września:
„... Puławy płoną. Przed wieczorem wysadzono most".
10 września:
„... pożar rozszerzył się. Przed wieczorem ogień objął ulice Lubelską, Izabeli od domu Dziaczkowskiego, sklep Kuklińskiego, KKO, Kozickiego i tym podobne. Po lewej stronie na Lubelskiej pali się od apteki Treutlera do ulicy Łaziennej"
13 września:
„...wkroczenie patroli niemieckich do Puław w godzinach wieczornych"
17/18 września:
„Przechodzą większe siły niemieckie. Ludność rabuje".

Ludzkie hieny

– Ludzie rabowali sklepy, prywatne domy – opowiada Spóz. – Kiedy z matką uciekaliśmy z miasta zapamiętałem, jak z jednego z opuszczonych bloków oficerskich ktoś wyrzucał wszystko przez okno, a na dole stały baby które pakowały to w płachty i uciekały w stronę rzeki. Rabowali nie tylko ci o których moglibyśmy powiedzieć hieny, złodzieje. Gdy wróciliśmy po kilku dniach do domu, był pusty i bez jednego okna. Ale ponieważ ramy okienne były poznaczone, mama zaczęła szukać. I okazało się, że wzięli je sobie pewni ludzie z niedalekiego sąsiedztwa. Dość powiedzieć, że obok postaw bohaterskich, patriotycznych, były też niemoralne, podłe. Michał Podurgiel w obliczu zbliżających się wrogów ukrył w sąsiedztwie dokumenty magistrackie i zapisał „... Uprzątnąłem magistrat". Niemcy wkroczyli już do miasta, a on zatroszczył się o to, żeby schować to co najważniejsze, co mogło wpaść w ręce wroga, ułatwić identyfikację ludzi i jeszcze z pomocą innych uporządkować urząd. To niezwykła postać – mówi Spóz o nim z ogromnym szacunkiem.

Dla każdego wojna miała inny wymiar. Podurgiel nie opisywał swoich prywatnych wrażeń. Był kronikarzem, który dzień po dniu rejestrował, która ulica płonęła, jakie kamienice legły w gruzach po bombardowaniu, ile osób zginęło. Swoje notatki traktował niemal jak pismo urzędowe – lakonicznie, dokładnie, obiektywnie.

Po wojnie Michał Podurgiel był aresztowany i wywieziony na Zamek w Lublinie. Badany był przez Gestapo w katowni przy ul. Uniwersyteckiej i zmarł w więzieniu na skutek pobicia.

Zdjęcia

  • Sala magistratu
  • Niemcy wjeżdzają na most

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać