drukuj

Historia Puław: Pierwsze audycje radiowe

Radioaparat krysztalkowy

O pierwszych audycjach radiowych w Puławach opowiada Mikołaj Spóz, regionalista.

Na starej fotografii widać trzy osoby siedzące na kanapie i wpatrzone w radioodbiornik tak, jak dzisiaj patrzy się w telewizyjny ekran, na którym widać interesujący film. Radio w okresie międzywojennym było niesłychaną nowinką techniczną, rzadkością, przedmiotem tajemniczym i zaskakującym, a także luksusem. I to nie tylko w Puławach – także w całym kraju, który tylko co wybił się na niepodległość i odbudowywał się z ruin.

Trzeba było oszczędzać

– Z sentymentem wspominam swój pierwszy kontakt z radiem w latach trzydziestych – mówi Mikołaj Spóz. – Mój ojciec był ogromnym zwolennikiem wszystkich nowości technicznych, interesował się tym, a więc w naszym domu radio znalazło się dość szybko. Był to radioodbiornik lampowy, na baterię anodową i akumulator, a nie z sieci elektrycznej. Zresztą, po pierwszej wojnie tylko niektóre domy w Puławach i w kraju były zelektryfikowane i jak sądzę, brali to pod uwagę producenci radioodbiorników. Akumulator dawało się do ładowania, baterię czasem trzeba było kupić.

Dawniej radio nie nadawało przez 24 godziny i nikt nie słuchał go bez przerwy. Tym bardziej, że należało oszczędzać baterię.

– Słuchanie radia było jak święto – śmieje się Mikołaj Spóz. – Nie grało cały czas tak jak dziś, bez względu na to, czy ktoś słucha, czy nie.

Jak wspomina pan Mikołaj od 1936 roku, a może od następnego audycje nadawano od 8 rano.

– Program zaczynał się sygnałem, później pieśnią „Kiedy ranne wstają zorze" – mówi M. Spóz. – Następnie nadawano wiadomości z kraju i zza granicy, odczytywano też program na cały dzień. W niedziele i święta o godz. 9 rano transmitowano nabożeństwo.

Kto to mówi

Już wczesną wiosną państwo Spózowie w otwartym oknie ustawiali radioodbiornik. W ogrodzie przed domem ojciec pana Mikołaja posadowił ławkę, na której siadali znajomi, sąsiedzi, a także ci, którzy byli zafascynowani głosem dochodzącym z głośnika i audycjami nadawanymi przez radio.

– Przed oknem zatrzymywały się staruszki z niedowierzaniem słuchając i patrząc skąd może dochodzić głos – śmieje się Spóz. – Zaglądały za skrzynkę odbiornika, niejedna się przeżegnała. Zdumione były, że gada jakaś osoba, której nie widać. W kraju było mnóstwo analfabetów, uważali, że to jakieś oszustwo. Dziwili się, że głos może po drucie lecieć. Ale radio i tak było wynalazkiem, który zaskakiwał nawet ludzi bardziej obytych.

Jak dodaje – nieco później radio było też u państwa Korzeniowskich, w kolejnych latach w wielu innych domach. I nie były to małe wydatki – odbiornik kosztował ponad 300 złotych, a za te pieniądze można było kupić trzy krowy. Dla kogoś ze wsi wybór był oczywisty.

– Każdy się dziwił, że ojciec wydal tyle pieniędzy – wyjaśnia Spóz. – On zrobił specjalną szafkę w której schowany był akumulator, odbiornik postawił na wierzchu. Każdy aparat musiał mieć długą antenę – nawet do 60 metrów.

Aparat kryształkowy

W niedzielę wszyscy szykowali się na godzinę 21. W mieszkaniu zapadała cisza, starszyzna siadała bliżej odbiornika, pani Spózowa szykowała herbatę dla gości. O tej magicznej godzinie emitowano „Wesołą lwowską falę" w której występowali ulubieńcy Szczepcio i Tońcio.

– Słuchaliśmy w wielkim skupieniu – wspomina pan Mikołaj. – Śmieliśmy się z ich dowcipów i wszyscy ćwiczyli wyobraźnię. Tak właśnie, jak należy przy audycjach radiowych.

Emitowano specjalne audycje dla dzieci i muzyczne. O godzinie 23 program się kończył.

Po 1938 roku działało już 13 radiostacji. W latach 1926–1939 zbudowano je między innymi w Krakowie, Poznaniu, Lwowie, Wilnie. Jednak kraj jeszcze nie był w pełni zradiofonizowany, a odbiorniki były drogie.

– Około 1929 roku rozpoczęto produkcję odbiorników kryształkowych – opowiada. – Były stosunkowo tanie, kosztowały ok. 29 złotych i można było kupować je na raty. Miały dwie pary słuchawek z kryształkiem. Wielkości kilku dzisiejszych pudełek zapałek. Musiały być uziemione i np. podczas burzy odłączało się je specjalnym przełącznikiem. W zasadzie każdy, kto miał trochę zdolności, mógł sam taki aparat zrobić. Oczywiście należało płacić abonament i raczej nikt od tego obowiązku się nie uchylał.

Radio pod okupacją

Podczas okupacji Niemcy wydali rozporządzenie, że trzeba oddawać odbiorniki.

– Zanosiło się je na pocztę albo do gminy – przypomina Spóz. – Za posiadanie radia w domu szło się do obozu koncentracyjnego. Ponieważ mieliśmy dwa odbiorniki, jeden ojciec oddał, a drugi tak schował, że odnalazłem go dopiero jakiś czas po wojnie. Do tej pory go mam. Dopiero po jakimś czasie skojarzyłem, że po cichu, z paroma znajomymi słuchali nocą radia. W czasie okupacji nikt dzieci przecież nie wtajemniczał w takie sprawy. Dopiero później, po wyzwoleniu okazało się, gdzie było ukryte radio i w którym domu prowadzono nasłuchy. Wyszło na jaw, że w czasie okupacji słuchał pan Gawęda i Hryniewski, Berezowski i jeszcze inni. Niemcy mieli urządzenia nasłuchowe. Każde radio wytwarzało jakieś fale i Niemcy jeździli specjalnym wozem, i namierzali je. Zresztą odbiór bez anteny był niemal niemożliwy.

Vis a' vis DT „Powiśle", na skwerku Niemcy ustawili głośnik, a obok tablicę z mapą terenów wschodnich. Na niej były przyczepiane chorągiewki aktualnie trwających bitew, przesuwającego się frontu, a przez głośniki nadawano audycje propagandowe i muzykę.

Po wojnie nie było lepiej – słuchało się Londynu. Audycje BBC zaczynały się charakterystycznym sygnałem. Starsi słuchali też Wolnej Europy. To były radiostacje zakazane, zagłuszane i oczywiście tym chętniej słuchane, im bardziej w domach odcinano się od znienawidzonego reżimu.

Naprawa aparatów

– Po wojnie ludzie do mnie zaczęli przynosić odbiorniki, które mieli albo gdzieś zakopane, albo schowane w stodołach czy piwnicach przed Niemcami i nadgryzione przez myszy – wspomina Spóz. – Ja je czyściłem, naprawiałem. Zorientowałem się, że ów „magiczny" kryształek to nic innego jak siarczek ołowiu. O ołów nie było trudno, a siarkę można było kupić w każdym składzie aptecznym, bo służyła do dezynfekcji. Zacząłem więc sam wytwarzać kryształki i reperować aparaty, które do mnie przynoszono. Ludzie po wyzwoleniu byli biedni i nie każdy miał czym zapłacić. Przynosili co tam mogli – jajka, ser, owoce.

Długo dorabiał sobie naprawianiem aparatów. Szczególnie przed świętami było dużo ludzi nie tylko z Puław lecz także z okolic.

Jeszcze był w gimnazjum, kiedy jeden z kolegów poprosił go o naprawienie odbiorników przywożonych przez ojca.

– Przywoził je jak sądzę z szabru, z Ziem Zachodnich – stwierdza spóz. – Miał ich mnóstwo w swoim domu. Zabrałem się do naprawy. Dostałem za tę pracę aparat fotograficzny, który ojciec kolegi tez przywiózł stamtąd. I tak zaczęła się moja druga pasja – robienie zdjęć. Na pierwszej mojej fotografii jest odgruzowanie zniszczonego kościoła w Puławach.

W cieniu telewizji

Po wojnie ruszyła nie tylko elektryfikacja lecz także rozwijała się sieć radiowa. Miało to również aspekt propagandowy. W domach zakładano tzw. kołchoźniki, które nadawały audycje muzyczne, ale też słuchowiska czy audycje propagandowe chwalące ustrój.

– Na początku nie można ich było nawet przyciszyć – śmieje się Spóz. – Później dopiero zaczęto produkować „Pioniery", które miały zakres fal krótkich. Ale na nich możliwy był odbiór Londynu, więc kolejne partie już miały inny zakres. Wreszcie na rynku pojawiały się inne aparaty z początku dostępne dla nielicznych, drogie, później w coraz większym wyborze i lepszej jakości. Przybywało godzin programów, przybywały lokalne radiostacje. Radio rozwijało się dynamicznie, ale już, już zbliżała się epoka telewizji. Dziś radio kryształkowe jest zabytkiem.

Zdjęcia

  • Radioaparat krysztalkowy
  • Leci lwowska fala
  • M. Spóz naprawia aparat

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
sitjuit
sitjuit ndz., 2011-12-04 19:24

Radio

Nie wiedziałem, że Pan Mikołaj również radioodbiorniki naprawiał, to prawdziwy omnibus...

sitjuit
gin
gin ndz., 2011-12-04 21:32

radio nie wysyła fal !!

Niemcy radiopelengatorem szukali nadajników, a nie odbiorników, bo to niemożliwe.

,,kołchoźnik'' to nic innego jak głośnik. Radio i wzmacniacz o odpowiedniej mocy znajdowały się w urzędzie telekomunikacji . Wynalazek radziecki i urządzenia też były najczęściej radzieckie.
 Sygnał radiowy (najczęściej Warszawa II, fale średnie) był  wzmacniany i i za pomocą linii napowietrznych umieszczonych   na słupach poniżej lini energetycznej przesyłany do głośników w domach, zakładach pracy. Mitem jest , że ,,kołchoźniki'' używano do podsłuchów. Działało od 5 rano do 24. Likwidowano je stopniowo, wraz ze spadkiem liczby zainteresowanych. Od ,, kołchoźnika'' był niższy abonament. Ostatnie wyłączono przed 80 rokiem.

gin-niezależny radykał bez sztandaru
Bazyl
Bazyl pon., 2011-12-05 04:47

 >>radio nie wysyła fal

 >>radio nie wysyła fal !!<<

 

I tu zgodzić się nie mogę, Szanowny Ginie, a heterodyna to pies?

Oczywiście wyłączam z tego radia kryształkowe i o tzw, "bezpośrednim wzmocnieniu"

Mimo to masz słuszność pisząc;

>>>Niemcy radiopelengatorem szukali nadajników, a nie odbiorników, bo to niemożliwe.<<

Z tym że nie niemożliwe a bardzo trudne, szczególnie w tamtych czasach

>>>>Mitem jest , że ,,kołchoźniki'' używano do podsłuchów.<<<<

Też  pewnie prawda, jednak ciekawi mnie co by się działo gdyby taki kołchoźnik podłączyć nie do wyjścia wzmacniaka a do jego wejścia m.cz. co by było wówczas słychać w głośniku kontrolnym wzmacniaka (radiowęzła)

Jezeli masz  zabytek w postaci odbiornika radiowego z tzw. wejściem "adapterowym" możesz wykonać taki eksperyment, ciekawe czy to co gada może tagże "słuchać"

Z radiotechnicznymi pozdrowieniami

bazyl

"Przyrost mądrości daje się dokładnie mierzyć ubywaniem żółci" - Fryderyk Nietzsche
Nałęczowianin
Nałęczowianin pon., 2011-12-05 05:01

Zgadza się! Heterodyna :-)

@Bazyl:

Heterodyna - generator lokalny :)

PS. Nawet w XXI w. w pewnych krajach, w których opłacanie abonamentu radiowo - telewizyjnego
jest obowiazkowe (np. w Wielkiej Brytanii)  po ulicach krążą 'pojazdy - nasłuchu',
które wyłapują ślad sygnału włączonych odbiorników - kojarząc z adresami domów
nie opłacających abonamentu.