Historia Puław: O jeńcach i tajemniczym zniknięciu porucznika
To były lata osiemdziesiąte, kiedy podczas prac prowadzonych na jednej z puławskich ulic odkryto szczątki ludzkie. To były burzliwe lata przemian w kraju, a o takie potajemne pochówki – nie na cmentarzu – podejrzewano służby UB czy NKWD, które często byle gdzie chowały swoje ofiary. Jednak tu nie znaleziono śladów, które by mogły świadczyć o tym, że tych ludzi rozstrzelano.
Kim są zmarli?
– Słyszałem o tym i do kogoś miałem powiedzieć, że to nieprawda, że to nie mogły być ofiary UB, a raczej jeńcy z obozu przejściowego, który był w Puławach – wspomina Mikołaj Spóz. – Oczywiście ktoś komuś powtórzył i tak pewnego dnia wzywa mnie prokurator i pyta, na jakiej podstawie ja tak twierdzę. Odpowiadam, że to na pewno rosyjscy żołnierze – jeńcy z 1920 roku. On mówi, że nie znaleziono żadnych śladów, nawet guzika od munduru. A ja mu na to – czy widział pan, żeby jeńca który umarł w szpitalu na tyfus chowano w mundurze? Zawijano go w prześcieradło, a nawet i to po wrzuceniu ciała do dołu zabierano. Przecież tuż obok stał budynek, w którym był szpital. Wtedy nie było ulicy i zabudowań takich jak dzisiaj, przed tym szpitalem rosły chaszcze, a jakieś sto metrów dalej po prostu wykopano dół w którym chowano zmarłych jeńców. Wtedy szalały tyfus, czerwonka, cholera, umierali z ran, wycieńczenia i chorób zakaźnych. Kto by tam sprawiał im pogrzeb – odpowiedział Mikołaj Spóz.
Szczątki wykopane na ulicy złożono we wspólnym grobie na cmentarzu komunalnym. W 2001 roku zaczęła się kampania w Rosji. Media informowały, że w czasie wojny polsko-bolszewickiej Polacy wymordowali 60 tys. jeńców i Piłsudskiego przyrównywali do Stalina.

Cmentarz komunalny - grób w którym pochowano szczątki wykopane na ulicy Wojska Polskiego
– Każda wojna to manifestacja okrucieństwa i ta z 1920 roku nie była wyjątkiem – zauważa Robert Och, historyk z Puław. – Wtedy armii rosyjskiej wydano dyrektywę, żeby w krwi armii polskiej utopić Piłsudskiego. Stało się inaczej. Według traktatu podpisanego przez Polskę, Rosję i Ukrainę było ok. 110 tys. jeńców. Do Rosji odesłano ok. 60 tys., część została dobrowolnie w Polsce, część przeszła do oddziałów Wrangla, ok. 20 tys. zmarło z wycieńczenia, ran, chorób.
Zjedli konia
– Opowiadała mi mama, że kiedyś z psami wyszła na spacer do lasu, który był naszą własnością – wspomina Mikołaj Spóz. – Raptem psy się rzuciły w stronę zarośli, a stamtąd wyszli przestraszeni, obdarci, brudni i zarośnięci mężczyźni w podartych szynelach i po rosyjsku mówią, że nic mamie nie zrobią, że są głodni, proszą o chleb i słoninę. Mama wróciła do domu, wzięła jakieś jedzenie i im zaniosła. Okazuje się, że jeńcy mogli swobodnie chodzić po Puławach. Zresztą – gdzie mieli uciekać i po co? Wszędzie panował głód, kraj po wojnie był straszliwie wyniszczony.
– Na wschód od Wisły bieda szczególnie dała się we znaki – mówi Robert Och. – Przetoczyła się tu armia sowiecka, polska, austriacka, a każdy – a szczególnie Rosjanie, grabili wszystko. Głód najbardziej dotykał ludność cywilną, ale też jeńców. Jako przykład podam, że w listopadzie 1920 roku z Kowla wysłano do Puław transport 300 jeńców. Jechali pięć dni bez jedzenia i zatrzymywania się po drodze. Transport przeżyło 263 ludzi. Gdy wysiedli na stacji i szli do Puław, po drodze znaleźli padlinę zdechłego konia, na którą się rzucili i na surowo zjedli. Już od tego zachorowało 130 jeńców. Pamiętajmy, że w tamtych warunkach, przy tamtej wiedzy medycznej i lekarstwach, jakie były wtedy, taka choroba kończyła się tragicznie.
Na pomoc jeńcom
– Obóz przejściowy dla jeńców bolszewickich w Puławach funkcjonował od 1920 roku – mówi Robert Och.
– Obóz usytuowany był na terenie dawnej jednostki w której stacjonowały wcześniej pułki rosyjskie – dodaje Mikołaj Spóz. – Były tam drewniane baraki, ale też budynki murowane i stajnie. Oczywiście, że panowały warunki trudne, ale jeńcy z głodu nie umierali, a z chorób. Poza tym, szybko obywatele miasta zorganizowali się w celu niesienia pomocy jeńcom. Powstał komitet w skład którego wchodzili oficerowie, lekarz, panie z domów inteligenckich i dobrze sytuowanych. Komitet Kobiet Polskich zajmował się działalnością charytatywną i pomagał w repatriacji. Na jednym ze zdjęć komitetu wśród grupy oficerów są (od lewej) Kazimiera Olszowiec, Wacława Korzeniowska, Zofia Rumińska, Maria Gawęda, Maria Jabłońska, Lucyna Niemirska. To nazwiska znane w Puławach.

Baraki w dawnych koszarach rosyjskich, w których mieszkali jeńcy radzieccy
– Nie mniej jednak polskie władze wojskowe przeprowadzały inspekcje, a być może kontrola w Puławach była spowodowana informacjami o fatalnym traktowaniu jeńców – opowiada Robert Och. – Doniesienia się potwierdziły. Okazało się, że komendant major Chlebowski nic nie robił dla polepszenia ich sytuacji. Cytowano taką sytuację, że kiedy jeńcy znaleźli jakieś obierki ziemniaków, komendant biciem ich przegonił. Chlebowskiego mogło tłumaczyć to, że całą jego rodzinę wymordowali sowieci, jednak odsunięto go od kierowania obozem i warunki się polepszyły.
Tajemniczy Włodzimierz Surkow
Przypadkowo Robert Och w archiwum państwowym trafia na ciekawą informację. To sprawa porucznika Surkowa, kiedyś głośna i do dziś nie rozwiązana tajemnica tamtych czasów.
– Włodzimierz Surkow pochodził z arystokratycznej rodziny – zaczyna opowiadać Robert Och. – Kształcił się w kierunkach agronomicznych żeby kiedyś przejąć rodzinny majątek, znał biegle trzy języki – w tym polski. W chwili wybuchu wojny miał 28 lat i trafił do armii carskiej. Kiedy rozpętała się w Rosji rewolucja, wstępuje do Armii Czerwonej. Bierze udział w walkach, awansuje na porucznika. W październiku 1920 roku dobrowolnie oddaje się w ręce Polaków i trafia do obozu przejściowego w Puławach. Czytamy w opinii, jaką wydał o nim komendant, że „Surkow zachowywał się wzorowo, był kierownikiem ogrodów warzywnych i pod względem politycznym zawsze wykazywał się lojalnie".
Z takiego pisma dowiadujemy się przy okazji, że obóz miał własny warzywniak. Jednak Surkow nie myślał o tym, żeby spędzać życie w obozie ani też – z sobie wiadomych względów – żeby wracać do porewolucyjnej Rosji.
– Złożył deklarację o chęci pozostania w Polsce – mówi dalej historyk. – Już było kilkanaście takich osób i pracowały na terenie powiatu. Uznano, że Surkow też może dostać azyl. Wojewoda wydał zgodę, ale nie na zamieszkanie w powiecie puławskim. Został skierowany do Wólki Leszczyńskiej blisko Lublina. Tam był zarządcą folwarku wojskowego (!). Gdy opuszczał obóz w Puławach otrzymał wyposażenie.
Robert Och czyta: „Wyprawka mundurowa: czapka, płaszcz, sukienna bluza, spodnie, buty sznurowane, 2 letnie koszule, 2 sztuki kaleson, chlebak, manierka z kubkiem, onuce, przybory do jedzenia". Jak na 1921 rok, na panującą nędze i sytuację bądź co bądź jeńca – to nie było mało, a tym bardziej w porównaniu do tego, w czym przyjeżdżali.
– Surkow po roku doszedł do wniosku, że przeniesie się do Lublina – dodaje Robert Och. – Był tam przez pół roku i raptem złamał zakaz opuszczania województwa – podobno gdzieś wyjechał. Rozpoczyna się dochodzenie, poszukiwania, wreszcie zostaje za nim wysłany list gończy. Przepadł bez śladu.
Mimo wszystko, policja w tamtych czasach była bardzo sprawna. Do dziś nie ma odpowiedzi na pytanie – kim naprawdę był porucznik Surkow? Czy ktoś go „sprzątnął", a jeśli tak, to z jakich powodów? A może jego niespodziewanie szybkie przejście na stronę polską, chęć uzyskania azylu, były podyktowane jakąś misją szpiegowską? W grę raczej nie wchodził napad rabunkowy – był na to zbyt biedny, w każdym razie oficjalnie był niezamożny. Nie odnaleziono go ani żywego, ani martwego. Chyba, że zmienił znów tożsamość i wrócił do swoich...
Obóz w Puławach przestał istnieć z końcem 1921 roku. W listopadzie 1920 roku było w nim 1461 jeńców, we wrześniu 1921 roku 1791, ale już w październiku 1921 roku tylko 49 osób. Dla niektórych był to ostatni przystanek w życiu.





























Kontakt: