Historia Puław: Magia grudniowych świąt
Nawet dziś dorośli, którzy już dawno zapomnieli, że byli dziećmi, spoglądają tego wieczoru w niebo, czy zaświeciła się pierwsza gwiazdka. Ona jest tym mistycznym znakiem, że narodziło się Dzieciątko i czas przełamać się opłatkiem. Tak było zawsze. Niezależnie od wydarzeń w domu, kraju i na świecie, ta magiczna, niezwykła noc niosła jakieś ukojenie, nadzieję, wiarę w lepsze jutro. Ten wigilijny wieczór skłaniał do refleksji, do przebaczania i okazywania sobie miłości.
Na te święta, na ich rytuały, potrawy, aromaty, na ich niezwykłą magię czekają wszyscy. Jedni, żeby wspólnie z rodziną usiąść przy stole zasłanym białym obrusem inni, żeby przemyśleć miniony rok. Tak było od wielu pokoleń. Specjalnego uroku wigilijnej nocy zawsze dodawał śnieg skrzący się na mrozie i skrzypiący pod nogami. Noc wtedy wydaje się jaśniejsza od białych pól i w mroźnym powietrzu gwiazdy lśnią srebrzyście na niebie. Wszystko jest uroczyste i radosne zarazem.
– Tak było zawsze – wspomina Mikołaj Spóz. – Czy dzieciak, czy osoba dorosła, każdy odczuwał niezwykłość tej wigilijnej nocy i świąt Bożego Narodzenia. – Jednak wydaje mi się, że dawniej obchodzono je bardziej uroczyście. Dzisiaj komercja wkradła się do serc i do domów. Dziś już rzadko rodzina śpiewa kolędy przy świątecznym stole. Wszyscy włączają telewizor i oglądają po raz dziesiąty film o tym, jak Kevin został sam w domu.
Od wieków tak samo
Kiedyś wszystko odbywało się zgodnie z rytmem przyrody, tradycja i kalendarzem. Zimy wtedy były ostre i przychodziły o właściwej porze. Śniegu nigdy nie brakowało. Na wydeptanych przez przechodniów ścieżkach prowadzących do sklepów, do domostw, panował o tej porze ruch większy niż zwykle – nadchodziły święta. Gospodynie spieszyły z zakupami, do domów taszczono choinki. Jednak przedświąteczny ruch zaczynał się gdzieś w połowie grudnia, a nie jak teraz po Zaduszkach.
– Zwiastunem świąt zawsze była wizyta organisty z opłatkami – przypomina sobie Spóz przedwojenne lata. – To on je wypiekał w specjalnej, żelaznej formie z wody i dobrej mąki. Często jeździł saniami po okolicznych wsiach gdzie nie było kościoła. Nie zawsze brał pieniądze. Ludzie byli biedni. Dostawał jajka, kawałek kiełbasy czy trochę mąki. Dla zwierząt były opłatki kolorowe, bo każdy dobry gospodarz najpierw dzielił się z nimi. To, co dostał, ładował na sanie, a zresztą w tamtych czasach był to właściwie jedyny środek lokomocji.
Wtedy, kiedy organista przybywał z opłatkiem, skrzętne gospodynie już właśnie kończyły przedświąteczne porządki, bo nawet opłatek był rzeczą świętą, i dom musiał go godnie przyjąć.
– Ach, te porządki w domu – uśmiecha się pan Mikołaj na to wspomnienie. – Sprzątanie, pastowanie podłóg. Nawet pasta do podłóg ładnie pachniała – mówi z pewnym zdziwieniem. – Na taką czystą podłogę biada było wejść z butami. Okna wtedy były podwójne i mama tam wkładała watę. Po co? – Dlatego, że trochę uszczelniała, a poza tym wsiąkała w nią para spływająca z szyb. Niektórzy stawiali tam spodeczek z solą, która też pochłaniała wilgoć i na wacie układali kasztany albo szyszki, a przed świętami gałązki świerkowe. Jednak para spływała później, jak zrobiło się cieplej. Zimą szyby zamarzały w białe, egzotyczne kwiaty.
Prawdziwa zima
Ciemność zapadała szybko. W oknach domów zapalały się mdłe światełka lamp naftowych. Dopiero przed świętami w 1936 roku wprowadzono tani prąd do Puław. Oczywiście nie do wszystkich domów i nie do wszystkich mieszkań. Ba świeczki paliły się też na niektórych sklepowych wystawach, a gdzie niegdzie ustawiano świętego Mikołaja, takiego prawdziwego w biskupich szatach z pastorałem i w infule na głowie, a nie amerykańskiego grubego krasnala. Święty miał brodę i wąsy białe, budził zachwyt u dzieciaków, które patrzyły na niego jak zaczarowane i umacniały się w wierze, że Mikołaj naprawdę istnieje.
– Gdy zapadał wieczór w mieście było jaśniej tylko od śniegu – stwierdza pan Mikołaj. – Ulicami przemykały gdzie niegdzie sanie, a dzwoneczki brzęczały u końskiej uprzęży. To było jak z baśni Andersena o Królowej Śniegu. Ech, dzisiaj śniegu nie ma, a jeśli jest to brudny i słychać tylko ryk aut, które nie mogą podjechać na śliskiej jezdni. Szkoda, że dzwoneczków już nie słychać. Kiedy przejada czasem sanie, wszyscy przystają zdziwieni. Na Wiśle skutej lodem ślizgali się chłopcy patrząc, żeby nie wpaść w przerębel wyrąbaną przez rybaków. Matki były tak zapracowane przed świętami, że traciły czujność i dzieciarnia korzystała z tego.
W zamożniejszych domach wkrótce rozchodziły się zapachy pieczystego, pomarańczowej skórki, dzieciaki biegały do sklepu po trochę rodzynek albo wanilię, której zabrakło. W domu musiała być cisza, żeby drożdżowe strucle nie opadły. Biada temu, kto trzasnął drzwiami. Kaflowa kuchnia, a często i piec chlebowy promieniowały cudownym ciepłem. Za oknami był trzeszczący mróz i wnętrze domu pachnące czystością, ciastem, wydawało się oazą bezpieczeństwa.
Pierwsza gwiazdka
– Gotowało się szynkę z kością, a do kaflowej kuchni ojciec podkładał drewna, żeby mama upiekła ciasto – wspomina pan Mikołaj. – Ryby przynosili domokrążcy, rybacy znad Wisły. Przeważnie sandacza albo szczupaka. Karpie nie były takie powszechne. Wydaje mi się, że uważano je za trochę gorsze ryby. Przed wojną wielu domokrążców chodziło do posesji do posesji i praktycznie całe zaopatrzenie świąteczne można było mieć z dostawą. Czyli – dostawa do domu to nie jest wcale dzisiejszy wynalazek. Ale jednak każda pani domu miały swoje sklepy, wiedziała gdzie lepsza mąka, rodzynki albo mak nie gorzki.
Śledzie z beczki mama Mikołaja wolała kupować sama. Szła do sklepu Korzeniowskiego bo jednak trzeba było się przyjrzeć, czy towar dobry. Śledzie się moczyło, bo były mocno osolone. Wieczorem ojciec oprawiał choinkę. Dużo wcześniej dzieciaki z babcią siadały przy kuchennym stole i robiły ozdoby – łańcuchy z kolorowego papieru, jeże z bibułki, pajace z wydmuszki, różne cudeńka z cieniutkiej słomki. Uczyły się też kolęd, z których babcia przepytywała wnuki.
– Nie było tylu bombek co dzisiaj, a może też nie każdego było stać, żeby je kupić – przypomina sobie pan Spóz. – Na dobrą sprawę dużo ozdób choinkowych nadawało się do zjedzenia, bo przecież wieszano jabłuszka, orzechy pozłacane, cukierki. Mama specjalnymi klipsami przypinała do gałązek świeczki, które dopiero zapalało się podczas wigilijnej wieczerzy. Ileż pożarów było od tych świeczek – zapalały się papierowe łańcuchy, firanki, a czasem i drewniana chałupa. Dopiero kiedy zapalono świeczki było widać prezenty ułożone pod drzewkiem, ale nie wolno było zaglądać do paczek wcześniej, niż po kolacji, kiedy wszyscy wstali od stołu. Dzieciaki chuchały w zamarznięte szybki w oczekiwaniu pierwszej gwiazdki bo wtedy dopiero zaczynała się Wigilia.
Radosne święta
Kiedy nadchodziła dwunasta godzina drogami, przez śnieg, do kościoła na Włostowicach ciągnęła procesja świateł.
– Myśmy na pasterkę zamawiali sanie u Wacława Czuchryty – nie wiem czemu, przecież dziś bym pomyślał, że zdrowiej przejść się piechotą. Dorożkarz zaprzęgał konie, okrywał nas, dzieciarnię baranicą – opowiada Spóz. – Ci, co szli piechotą nieśli latarnie w ręku, żeby oświetlić sobie drogę. Później zostawiali je przed wejściem do kościoła. Jak sobie dziś przypominam, był to piękny widok, gdy z ciemności nocy wyłaniały się światła gęsiego, albo grupą i płynęły w stronę świątyni.
Przypomina sobie jeszcze, że on osobiście ma niedobre wspomnienia z tych pasterek.
– Byłem małym dzieciakiem. Najpierw niemal ogłuszyły mnie organy i to ogromne „Bóg się rodzi", które raptem wybuchło ze wszystkich gardeł. Później nie mogłem znieść zapachu chłopskich kożuchów zmieszanych z odorem wódki, jaki w kłębach pary wydobywał się z wielu ust. W kościele było zimno, on był zmęczony emocjami świąt.
W Szczepana gospodarze godzili parobków na cały rok, ale już wtedy ta tradycja powoli zanikała. W święta zaczynali chodzić kolędnicy z gwiazdą zrobioną z drewnianych listewek i bibuły. Dawało im się słodycze, ciasto, czasem drobne pieniążki. Jedna grupa szła od miasta, druga gdzieś od Włostowic i jak się spotkali to zaczynała się bitwa, aż z gwiazdy wióry leciały. Jednak mieli rzetelnie przygotowane kolędy, przebranie i nie raz dawali małe przedstawienie.
– Dziś chodzą po domach kolędnicy, którym nawet nie chce się przebrać ani nie znają słów polskich kolęd – dodaje Mikołaj Spóz. – Ubolewam nad tym wszystkim, bo nie chodzi o to, żebyśmy nie korzystali z dobrodziejstw postępu, ale ta bożonarodzeniowa tradycja była piękna i szkoda, że coraz mniej z niej zostaje. To przecież wyjątkowe święta, podczas których wiele warto przemyśleć, okazać innym miłość, sympatię, zapomnieć urazy, a nie siedzieć tylko przed telewizorem. To święta radosne i powinniśmy się nimi cieszyć wraz z innymi.



























Kontakt: