drukuj

Historia Puław: Legenda o skarbie okazała się prawdą

Bitwa pod Żyrzynem wg. rysunku M. Jaxy

O tym, jak do powstania ruszyła puławska młodzież, opowiada Mikołaj Spóz, regionalista.

To była zima jak się patrzy. Mówili ludzie, że ptaki zamarzały w powietrzu, a kora na drzewach pękała od mrozu. Drewniany chodnik na głównej ulicy Nowej Aleksandrii niewidoczny był spod śnieżnych zasp. Środkiem sunęły sanie brzęcząc janczarami. Dreptały baby otulone w grube, wełniane chusty, mężczyźni ubrani w baranice i bobrowe kołnierze. Do budynku Instytutu Politechnicznego też prowadziła ścieżka odcinająca się jak smuga w białym puchu. Studenci kręcili się niespokojnie, zatrzymywali po kilku, gadali o czymś niegłośno. Ale też nowiny były ekscytujące. Podobno oddział Leona Frankowskiego krąży po okolicy. I wójt gminy wreszcie złożył 24 stycznia 1863 roku raport, że „...studenci tutejszego instytutu dość licznie zebrani kupią się po ulicach osady głosząc, iż wojsko otoczyło Puławy". Ale wójt nie wiedział, że młodzi spotkali się już poprzedniej nocy i przysięgli.

Człowiek honoru

Powstanie Styczniowe tak odległe, a niektóre wydarzenia tamtego okresu wciąż ekscytują. Znamy najważniejsze fakty historyczne, ale niektóre sprawy są wciąż niewyjaśnione i wydają się niemal legendarne. Tak właśnie było m.in. z pieniędzmi, które powstańcy gdzieś zdobywali i ukrywali.

– W pierwszych dniach powstania kasę przewożoną przez zaborców zdobył oddział Frankowskiego – wyjaśnia Mikołaj Spóz. – Jakiś czas o jej sprzeniewierzenie posądzany był Józef Broniewicz, który przecież wyniósł te pieniądze z okrążenia. Jestem przekonany, że ich nie ruszył. Zresztą znałem dobrze Jurka Broniewicza – wnuka tamtego powstańca – mówi pan Mikołaj. – Nie raz rozmawialiśmy o tych wydarzeniach. Sam się śmiał, że chciałby odnaleźć ten rzekomy skarb. Józef Broniewicz, który mieszkał w folwarku „Walencja" w Kazimierzu Dolnym żył niezwykle skromnie. Jak patrzę dziś na fotografię jego domu, to zastanawiam się, czy to nie chłopska chałupa, tak był mizerny. To pewne, że gdyby choć część pieniędzy przywłaszczył, jego dom nie byłby aż tak ubogi. Poza tym, Broniewicz był człowiekiem honoru, a to wtedy coś znaczyło.

Jak pieniądze znalazły się w rękach Józefa Broniewicza? 


Józef Broniewicz

Przysięga

– Niektóre źródła podają, że studenci zebrali się w nocy z 22 na 23 stycznia w parku przy świątyni Sybilli i tam złożyli przysięgę. Wątpię jednak, czy tak mogło być – uważa Mikołaj Spóz, – Przecież było tu dużo wojska rosyjskiego i z pewnością takie zgromadzenie byłoby szybko zauważone i spacyfikowane. Jestem przekonany, że złożyli przysięgę w kaplicy, w grocie.

Studenci Instytutu złożyli przysięgę braterstwa i walki z caratem na śmierć i życie, i znikli w ciemnościach nocy. Styczniowy śnieg skrzypiał pod nogami, a drogę oświetlał im księżyc. Poubierani jak się da najlepiej – jedni w półkożuszkach, inni nawet w ułankach, studenci przedarli się do oddziału Frankowskiego. Ich uzbrojenie to 2 strzelby myśliwskie, 2 pistolety i 1 pałasz.

– W większości mieli z sobą kije, noże kuchenne i ogromny zapał – wyjaśnia M. Spóz. – Szli w kierunku Kazimierza, po drodze dołączyło do nich kilku mieszkańców Włostowic.

Zdobyczna kasa

Wśród studentów – powstańców był młodziutki, zaledwie 18-letni Adam Chmielowski, który już wcześniej włączył się w działalność konspiracyjną. Późniejszy Brat Albert dołącza do oddziału Frankowskiego, przywódcy który miał wtedy niespełna 20 lat. Z Puław wyruszył też Jan Leon Nieciengiewicz, który po upadku powstania 12 lat cierpiał na Syberii nim wrócił do domu.


Mogiła Jana Nieciengiewicza na cmentarzu włostowickim w Puławach 

– Pod Kurowem oddział Frankowskiego stoczył wygraną potyczkę i zdobył furgon ze znaczną sumą rubli – mówi Mikołaj Spóz. – Potwierdza to raport Lubelskiego Gubernialnego Urzędu Pocztowego z 1863 roku, w którym czytamy, że „...poczta pieniężna w furgonie pocztowym z Warszawy do Lublina idąca, będąc napadniętą pod Kurowem przez kilkudziesięciu zbrojnych ludzi rozbita została i wszystkie pieniądze zabrane...". W kasie było około 50 tys. rubli.

Chwilowe zwycięstwo

Do niewoli wzięli tam kapitana żandarmerii w Lublinie niejakiego Gauerta, człowieka podłego, który budził powszechną pogardę i nienawiść. W Kazimierzu Dolnym Frankowski upojony zwycięstwem w szlachetnym odruchu darował mu wolność. Był jednak młodym przywódcą brawurowym, może zbyt wierzącym we własne siły i w to, że kolejne zwycięstwa przyjdą łatwo, a pieniądze, jakie teraz mieli, dawały mu poczucie władzy i bezpieczeństwa. Później to właśnie Gauert rozpoznał rannego Frankowskiego, wydał go zaborcom i młody dowódca został skazany na śmierć przez powieszenie.

Ale póki co, po zwycięskiej bitwie, na rynku Frankowski wygłosił płomienne przemówienie do zebranych. Mówił – „...na co wam karabiny, z kijami zdobędziemy na Rosjanach karabiny, z karabinami armaty, a z tymi Modlin i Warszawę".

Kazimierz Dolny, położony nieco na uboczu, oddalony od Lublina, wydawał się bezpiecznym siedliskiem dla powstańców. Rzeczywiście w Lublinie Rosjanie dopiero po tygodniu dowiedzieli się, że jest tam kilkusetosobowy oddział powstańczy.

Klęska

Dowództwo zatrzymało się w dworze „Walencja" w folwarku Józefa Broniewicza, jednego z najstarszych, którzy przystąpili do powstania.

– Według przekazów pieniądze zdobyte pod Kurowem dały zbyt wielką pewność młodym – opowiada Spóz. – Nawet bawili się, niektórzy lubili wypić, ale już o wystawieniu wart nie pomyślano. Tymczasem z Lublina wyruszyli Rosjanie – piechota i oddział Kozaków. Gdy doszła ta wiadomość do powstańców, nie pozostało już nic innego jak tylko wycofać się. Część zdążyła przedostać się na drugą stronę Wisły, część ruszyła innymi drogami w kierunku na Sandomierz i Dwikoz. 2 lutego Rosjanie wkroczyli do folwarku Walencja i zrównali wszystko z ziemią. Zostały jedynie dwie chałupy. Do jednej z nich, ale już po wyzwoleniu, przytwierdzono pamiątkową tabliczkę informującą, że tam mieściło się dowództwo powstania. Józef Broniewicz zdołał wymknąć się z pułapki i przedostać z grupką towarzyszy do oddziału Langiewicza, któremu przekazał pieniądze. Po upadku powstania wrócił do Kazimierza, ukrywał się i zdołał uniknąć aresztowania. Nikt go nie wydał. Tabliczka, która się zachowała na ocalałej chałupie potwierdza historyczny fakt, że w jego dworze stacjonował Frankowski.

Posag przepadł

8 sierpnia 1863 roku pod Żyrzynem rozegrała się bitwa w której zwyciężyli powstańcy. Podobno trwała 5 godzin. Do zwycięstwa poprowadził ich Michał Jan Heidenreich, ps. Kruk.

– Powstańcy dowiedzieli się, że z Dęblina jedzie silny konwój rosyjski – opowiada Mikołaj Spóz. – Nieprzyjaciel był w sile 2 kompanii piechoty, mocnego oddziału kozackiego, dobrze uzbrojonego. Mieli też z sobą dwa działa. Dlaczego tak silna obstawa? Otóż w kasie Rosjanie wieźli 200 tys. rubli, a także posag córki komendanta twierdzy dęblińskiej i bogatą, srebrną zastawę. Polski dowódca zgromadził też niemało ludzi – 200 kawalerzystów, 500 pieszych z oddziału Grzymały i Jankowskiego. Powstańcy w lesie pod Żyrzynem zorganizowali zasadzkę i o świcie rozpoczęła się bitwa. Straty były po obydwu stronach. Swoich poległych powstańcy zabrali, Rosjanie zostali pochowani na skraju lasu. Oczywiście łupem bitewnym zwycięzców była kasa i posag córki komendanta.

A jednak był skarb

– Do mojego dziadka w Warszawie przychodzili weterani Powstania Styczniowego i opowiadali różne rzeczy – wspomina Mikołaj Spóz. – Między innymi o tym, że jak będzie wolna Polska, to pojadą do Puław i wydobędą ukryty skarb powstańczy, bo wiedzą, gdzie on jest.

I tak się stało – przyszła wolność i dziadek z jednym z nich wyruszył do Puław na poszukiwanie takiego skarbu. Miał on być zakopany blisko puławskiego domu Spózów przy ulicy Kazimierskiej.

– Podobno skrzynia została zakopana przy gościńcu prowadzącym z Puław do Kazimierza, blisko pałacu Marynki – mówi Spóz. – Miejsce to zaznaczono wetkniętą w ziemię, złamaną szablą, której rękojeść miała być tylko lekko przykryta, żeby łatwo było znaleźć.

Jednak dziadek Mikołaja Spoza wraz z towarzyszem na darmo chodzili ze szpikulcem i kłuli ziemię – nic nie znaleźli. Minęło kilka lat i na ulicę Kazimierską wjeżdżają auta z żołnierzami, oficerami, a z jednego z nich pomagają wysiąść staruszkowi. On rozgląda się, chodzi to tu, to tam, wreszcie pokazuje jakieś miejsce i żołnierze zaczynają kopać. Przyglądają się temu mieszkańcy ulicy, także matka pana Mikołaja, która mu to wszystko opowiedziała.

– W pewnym momencie na skrzyżowaniu dwóch wykopów, jakie zrobili coś zgrzytnęło i żołnierze za chwilę wyciągają skrzynię, w której były monety, banknoty, dokumenty – mówi Spóz. – Zabrali ją do samochodu i odjechali. Okazało się, że weterani mówili prawdę – był tam ukryty skarb powstańczy. Trudno jednak powiedzieć, z jakiej potyczki. Powstańcy często i w różnych miejscach w taki właśnie sposób zdobywali pieniądze na zakup broni, umundurowanie. W razie niebezpieczeństwa łup gdzieś zakopywali, a gdzie – wiedzieli o tym tylko wtajemniczeni.

Weterani Powstania Styczniowego cieszyli się ogromnym szacunkiem Marszałka Piłsudskiego. Mieli wiele przywilejów honorowych, mundury na koszt państwa, dożywotnie pensje. Jednak – co tam dużo mówić – niewielu z nich doczekało wolnej Polski.

Zdjęcia

  • Bitwa pod Żyrzynem wg. rysunku M. Jaxy
  • Józef Broniewicz
  • Mogiła Jana Nieciengiewicza na cmentarzu włostowickim w Puławach

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać