drukuj

Historia Puław: Kupcy, rzemieślnicy, dzierżawcy

Najbardziej znany szewc wesoły Norman

O tym, jak dawniej Żydzi pracowali dla puławskiego dworu opowiada Mikołaj Spóz, regionalista.

W Puławach mieszkali przybysze z różnych stron świata. Bo nie tylko Polacy i Żydzi, ale ludzie różnych nacji, których sprowadzała na swój dwór księżna Izabela i jej małżonek. Potrzebowali artystów, rzemieślników, architektów, jednym słowem tych wszystkich, którzy byli narzędziem do realizacji ich planów uświetnienia rodowej siedziby. To zresztą zaczęło się już wcześniej, kiedy w 1731 roku córka Sieniawskiego – Maria Zofia wyszła za mąż za wojewodę ruskiego Aleksandra Augusta Czartoryskiego. Od tego momentu niemal równo przez 100 lat Puławy były własnością Familii, jak określano wtedy rodzinę Czartoryskich i wtedy zrodziła się ich późniejsza świetność.

Na usługach księżnej

– Trzeba sobie powiedzieć, że dla Czartoryskich pracowało wiele nacji – mówi Mikołaj Spóz. – O ile sprowadzali architektów, artystów z całej Europy, to jednak na ich usługach w wielu dziedzinach byli Żydzi. Trudno powiedzieć, czy miało to dla Izabeli jakieś znaczenie. Raczej żadnego. Między nią, a powiedzmy stolarzem była przepaść społeczna, był dystans nie do pokonania. Ona nawet nie musiała wiedzieć, kogo zatrudnia jej zarządca, choć jako dobra gospodyni na pewno jednak miała o tym pojęcie. Jakkolwiek między księstwem, a pracującymi w ich dobrach Żydami nie było żadnych relacji, to ci ostatni często odwoływali się do księcia, pisali supliki i być może te ich racje były wysłuchane, i pozytywnie załatwione. Tak, Żydzi byli związani z dworem Czartoryskich – powtarza pan Mikołaj.

Żydzi byli dzierżawcami młynów, tartaków, austerii, kupcami, rzemieślnikami także np. cyrulikami.
– To ciekawe, że wśród tych o których wiemy, nie było np. murarzy, rzadko trudnili się rolnictwem, rybołówstwem – wyjaśnia pan Mikołaj. – Handlowali, świadczyli usługi. Do handlu, do usług i prowadzenia jakiejś buchalterii, rachunków trzeba było umieć czytać, pisać, rachować, a co tam dużo mówić – Polacy tej najniższej warstwy społecznej byli analfabetami.

Karczmy i burdeliki

W większości dzierżawili austerie, karczmy pełniące funkcje wyszynku, miejsca spotkań i zabaw miejscowej ludności. Były one zajazdem przeznaczonym dla podróżnych, często miały stajnie dla koni.

– Jeden z arendarzy puławskich – Abraham, trudnił się jednocześnie paserstwem – opowiada pan Mikołaj. – Kupował różne przedmioty od złodzieja Krzymowskiego. Między innymi zegar, który ten ukradł panu Iżyckiemu. Krzymowski został złapany, a zegar Żydowi odebrano. Karczmę dzierżawiła też Żydówka Dejczerowa.
Wystawiła Czartoryskim rachunek za pobyt w jej karczmie wojska w latach 1793-94. Pamiętajmy, to był okres powstania kościuszkowskiego, a Czartoryscy Kościuszce sprzyjali. Dość, że Dejczerowa zażyczyła sobie 1425zł i 18 groszy. Chyba jednak źle to policzyła, bo Czartoryscy udokumentowali, że jest ona im winna więcej pieniędzy i Żydówka musiała jeszcze dopłacić 64 złote – śmieje się Spóz.

Dejczerowa mieszkała vis á vis karczmy, która dzierżawiła. W zapiskach czytamy, że stołowali się u niej „inżynierowie". Zapewne chodzi o budowniczych pałacu. Miała tam bilard, kilka pokoi i jak można się domyślać, prowadziła tam niewielki burdelik.

Handel i handelek

Żydzi trudnili się handlem. To niemal powszechnie znane. Chyba za ich pośrednictwem, albo od nich można było kupić wszystko.

– Dawidowicz, kupiec pończoszniczy i tekstylny z Puław wystawił rachunek „kasie puławskiej", czyli dworowi wysokości 12 zł – mówi Spóz. – Za co? Za parę pończoch nicianych „na potrzeby" poety i dworzanina Ludwika Kropińskiego. Szczerze mówiąc, nie słyszałem o tym nazwisku na dworze Czartoryskich, więc szukam. Generał Kropiński herbu Sulima był też członkiem wielu towarzystw naukowych. Walczył w Insurekcji Kościuszkowskiej, później u boku Napoleona i w powstaniu listopadowym. Kilka lat przed śmiercią stracił ukochana córkę, oślepł. Był autorem utworów poetyckich i dramatów. Tak sobie myślę, że biedni musieli być ci ludzie będący na garnuszku Czartoryskich, skoro ci kupowali im pończochy – zauważa pan Spóz.

Handel tekstyliami był – można powiedzieć „drobnicą". Żyd Herkowicz z Drelowa w kluczu końskowolskim sprowadził na potrzeby pałacu drewno za 300 złotych. Inny – z Opola dostarczył 356 kloców drewna za ogromną wtedy kwotę 800 złotych. Pałacowe piece i kominy połykały ogromne ilości opału, a w komnatach i tak było zimno.

Drogi cyrulik

Czartoryscy dbali o swoich poddanych. Oczywiście, nie roztkliwiali się nad nimi, ale można powiedzieć, że na tamte czasy byli postępowi i starali się zaspokoić jakieś potrzeby swoich poddanych.

– Był taki cyrulik Grauer Zelik – opowiada Spóz. – W 1795 roku dostał 12 korców żyta, 126złotych i 18 groszy na „omastę i warzywo", ale już wkrótce prosił u księstwa o nagrodę za „pracowite i gorliwe usługi". Widać jednak był zbyt gorliwy w ściąganiu opłat za te usługi, bo wkrótce główny lekarz dóbr Czartoryskich – doktor Mikolash zabronił mu prowadzenia praktyki prywatnej i Zelik został zatrudniony jako cyrulik skarbowy, czyli opłacany z dworskiej kasy. Leczył chorych wenerycznie. Widać było duże zapotrzebowanie na takiego „specjalistę". W 1814 roku z rozkazu Czartoryskiego opiekował się przez 30 dni w swojej chałupie chłopem poparzonym i za tę usługę z książęcej kasy dostał 30zł. W Puławach leczył poddanych księcia za 100zlotych. To naprawdę w tamtych czasach były duże pieniądze.

Rzemieślnicy i detaliści

Dla dworu pracował Majorowicz Joska i jego brat Nata. Byli krawcami z Końskowoli. Określali się jako „czyniący robotę skarbową". Szyli „barwy" czyli ubiory dla Kozaków gwardii przybocznej księcia. Zwrócili się do niego z prośbą o znalezienie stancji w Puławach, gdyż często wołano ich do pałacu, a dojazdy nawet z Końskowoli sprawiały wtedy dużo kłopotu. Szyli także detale krawieckie dla świątyni Sybilli, pokrowce na skrzynie, szafy i gabloty.

– Pewnie, że nie było im łatwo – dodaje Spóz. – Nie było dróg, podczas złej pogody trudno było przebyć nawet tych niewiele kilometrów. – Jeszcze jak który miał jakiegoś konika i wózek, to sobie radził, ale wtedy i o to bywało trudno.

Lejbe, kupiec z Puław dostarczył do kuchni i cukiernio pałacowej cytryn za 120 złotych. Josef był jednocześnie szynkarzem w Końskowoli i złotnikiem. Naprawiał pałacową, złotą galanterię. Wykonał narożniki i listewki do kolasy księżnej, a za robotę zapłacono mu 34złote.

Najwyższa instancja

Książę był instancją, do której odwoływali się, pisali skargi i prośby. Ba, nawet odważali się mieć do niego pretensje i żądania.

– Lewek Abramowicz arendarz z Góry Puławskiej pisał suplikę do dworu w której skarżył się na ekonoma, że ten nie pozwolił zebrać mu plonów – mówi Spóz. – Domyślam się, że Lewek zalegał księstwu z jakimiś opłatami, może z dzierżawą, ale jeszcze chciał zebrać plony. Ejzykowicz z Sielc w 1812 roku pisał do Czartoryskiego uskarżając się na system podatkowy i na to, że miał obiecane ulgi od ministra Tadeusza Matusiewicza i ten obietnicy nie dotrzymał. Matusiewicz był ojcem wychowanicy Czartoryskiej – Zosi Kickiej. Izaak Geger skarżył się m.in. na administratora Tokarskiego, na jego nieprawość i także oskarża pisarza dworskiego o nadużycia. Pisał, że kiedyś jego majątek był wart 2tys. i 8zł, miał 7 krów, 7 koni, parę wołów, a teraz przez tę nieprawość został mu tylko jeden żupan. Prosił księcia o zwolnienie z czynszu dzierżawnego.
Czy te prośby były spełniane? Zapewne niektóre tak. Księstwo czuli się w obowiązku nie tylko opiekować poddanymi lecz także wymierzać sprawiedliwość.

Zdjęcia

  • Najbardziej znany szewc wesoły Norman
  • Dzielnica żydowska przed wojną

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać