drukuj

Historia Puław: Jak rzemieślnicy ratowali kościelne dzwony

Tak wyglądał kościół "Na górce" kilkadziesiąt lat temu

Fot. Ze zbiorów Mikołaja Spóza

O skromnych bohaterach czasu okupacji opowiada Mikołaj Spóz, puławski regionalista.

Skromni ludzie, bohaterowie swoich czasów, których nazwisk często nie pamiętamy, często narażając życie, ratowali dobra narodowe. Robili to bezinteresownie troszcząc się, aby nasze dziedzictwo nie przepadło, nie zostało zatracone, zagrabione. Zawsze na pierwszym miejscu były sprawy patriotyczne, na drugim osobiste.

– Takich ludzi – i w Puławach i w okolicy – było wielu– mówi Mikołaj Spóz. – Nie wiemy o nich prawie nic. Nie chwalili się tym, co dla nas zrobili. Powoli pamięć o nich ginie, a szkoda.
Wśród takich dzielnych patriotów byli także puławscy rzemieślnicy.

Rzemieślnik z pasją

– Przy ulicy Kołłątaja był zakład ślusarski i kowalski Stanisława Momonta – opowiada pan Mikołaj. – Momont ukończył szkołę powszechną, służył w Pułku Saperów Kaniowskich. Po ukończeniu służby otworzył swój zakład. Było to wynajęty warsztat, dość duży – zatrudniał w nim uczniów i robotników. Później pan Stanisław wybudował domek i zakład przeniósł. Momont cieszył się bardzo dobrą opinią i jako nauczyciel, i jako fachowiec. Był oczytany, miał swoją pasję, a było nią kino. Właśnie w Puławach otwarto dwa kinematografy. Momont oglądał każdy film, jaki w Puławach wyświetlano.
Często Momontowi zlecano roboty poza Puławami. Rzemieślnik zabierał niezbędne narzędzia i wyjeżdżał w teren. Właśnie z jednym z takich jego wyjazdów wiąże się ciekawa historia okupacyjna.

Ocalony dzwon

– Kiedyś zaglądam do książeczki wydanej z okazji X-lecia straży w powiecie puławskim i czytam o pomniku poświęconym marszałkowi Piłsudskiemu, który ma znajdować się w Bobrownikach – wspomina Mikołaj Spóz. – Którejś niedzieli postanowiłem się tam wybrać. To był 1979 r. Pojechałem więc do Bobrownik i obejrzałem tylko miejsce, w którym pomnik miał stać. Został tylko zniszczony cokół. Ludzie, którzy doskonale pamiętali tamte lata opowiedzieli, że pomnik przetrwał całą okupację niemiecką i dopiero w latach 50. został wysadzony tak, że popiersie Piłsudskiego rozsypało się w kawałki.

Pan Mikołaj w trakcie rozmowy z mieszkańcami Bobrownik zwrócił uwagę na piękny dzwon w kościele. Okazało się, że ten dzwon uratował mechanik z Puław, nazywał się Momont.
Ta informacja zelektryzowała Spoza, który pamiętał Momota, ale o tym epizodzie w jego życiu nic nie wiedział.

Niemiec mówi „nein"

Mieszkańcy Bobrownik znaleźli stare fotografie i opowiedzieli, jak to z dzwonami było.
W kościele w Bobrownikach były trzy dzwony. Największy – „Jan" odlany w 1796 roku, średni „Czesław" z roku 1934, trzeci, mały – „Katarzyna", można powiedzieć – sygnaturka, podobno był datowany na 1589 rok.

26 sierpnia 1941 roku Niemcy wydali nakaz zdjęcia wszystkich dzwonów z kościołów i dostarczenia ich do wyznaczonych punktów skupu w Puławach. Mieszkańcy Bobrownik postanowili je ochronić, ocalić przed przetopieniem.

– Inicjatorami tej akcji byli Jan Buksiński i Stanisław Świtalski, ale też inni mieszkańcy Bobrownik, wśród nich Aleksander Filipek, Piotr Szczepański, Jan Świetlicki i Władysław Buksiński – mówi Mikołaj Spóz. – Postanowili zebrać pieniądze i przekupić pełnomocnika Niemców, niejakiego Fessla. Kuzyn Momota, Stanisław Świtalski podjął się pośredniczenia w tej transakcji. Poszedł do Niemca z pieniędzmi i usłyszał „nein". Momont, który akurat przyjechał, wyjął z kieszeni plik banknotów i dorzucił. „Nein" – usłyszeli znów. Ślusarz, który znał dobrze język pyta, dlaczego? Niemcy odpowiadają, że muszą mieć trzy sztuki, bo tyle jest napisane na dokumencie.

Jan wraca do Bobrownik

I tutaj zadania podejmuje się Stanisław Momont. Przypomina sobie, że w pobliskim majątku „Podwierzbie", którego właścicielem był wtedy Jan Bogusławski, jest sygnaturka, którą wzywano robotników z pola na posiłek, albo którą dzwoniono na alarm. Momont pojechał tam i spytał Bogusławskiego, czy nie dałby mu tego dzwonu, żeby uratować cenniejszy, kościelny. Ten zgodził się bez wahania.

– Teraz porozumienie z Niemcami było możliwe – opowiada pan Mikołaj. – Oczywiście wzięli pieniądze i kazali załadować cztery dzwony na furmanki. Wozem z dzwonem „Jan" powoził Jan Świetlicki i Władysław Buksiński. W pewnym momencie obydwaj panowie skręcili w las, Niemcy udawali, że tego nie widzą, bo przecież ilość sztuk już teraz się zgadzała.

Dzwon Jan z 1796 roku został zakopany w ziemi. Wydobyto go w 1947 roku, przewieziono do kościoła i zawieszono znów na dzwonnicy. W 1988 roku z odlewni w Wagrowie przywieziono jeszcze dwa – „Jan Paweł II" ufundowany przez rodzinę Gajewskich i „Anna" ufundowany przez rodzinę Wójcickich. W Bobrownikach, jak dawniej są trzy dzwony.

Dzwon do kaplicy

W niewielkim domku przy Skowieszyńskiej, ukrytym w gąszczu bzu i jaśminu mieszkał Stanisław Mazurkiewicz. Jego życiorys podobny był do dziejów wielu Polaków, których historyczna zawierucha rzucała po świecie. Był wędrowcem mimo woli, patriotą, człowiekiem bezinteresownym, dziś zapomnianym. Ostatecznie jednak osiadł w Puławach.

– Mazurkiewicz pracował w wielu miejscach – wspomina Spóz. – W policji w Puławach, w Opolu Lubelskim, później w zakładach E. Plage i T. Laśkiewicz w Lublinie. Był znakomitym fachowcem blacharzem. Osobiście go znałem. Przemiły gawędziarz, a miał o czym opowiadać. Miał własny warsztat w Puławach. Przyszła wojna i okupacja; był w konspiracji.

Zapewne wtedy, kiedy dzwon w Bobrownikach starali się ocalić mieszkańcy, wywieziono dzwon z puławskiego kościoła „na górce" – z kaplicy książąt Czartoryskich. Ten dzwon przepadł.

– Rodzina Mazurkiewiczów była bardzo patriotyczna – dodaje Mikołaj Spóz. – Zarówno pan Stanisław jak i jego syn – ponad osobiste korzyści – przedkładali dobro ojczyzny. Trzeba trafu, że Romuald trafił do wojsk ochrony pogranicza na zachodzie Polski, na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Któregoś dnia Stanisław dostaje od niego list. Syn pisze w nim, że stacjonuje we wsi Gross Izer (dziś nie istniejącej), w której podczas wojny była szkoła SS i strażnica z dzwonem – mówi Spóz. – Teraz ta szkoła opustoszała, obiekt niszczeje i młody Mazurkiewicz sugeruje ojcu, żeby przyjechał i zabrał tutejszy dzwon do Puław, bo przecież Niemcy wywieźli podobny ze świątyni książąt Czartoryskich. Mazurkiewicz nie waha się. Jedzie na zachód i przywozi stamtąd dzwon do kościoła parafialnego nad Wisłą. Do dziś wzywa on wiernych na modlitwę, ale mało kto pamięta, a nawet mało kto wie, że z wielkim trudem, przez powojenny, zniszczony kraj przywiózł go skromny rzemieślnik z Puław.

Zdjęcia

  • Tak wyglądał kościół "Na górce" kilkadziesiąt lat temu
  • Dokumenty Stanisława Momota

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać