Historia: Jak wiele zawdzięczamy fotografom
Kiedyś Mikołaj Spóz powiedział – tylko fotografia jest w stanie prawdziwie oddać rzeczywistość. Nikt nie opisze tak dokładnie świata, jak zdjęcie. Zmieniają się pory roku i dni, ludzie i wydarzenia, coś zniknęło z pejzażu, coś zbudowano, ale na fotografii zostało to uwiecznione i po latach możemy zobaczyć, jak było naprawdę. To prawda, że dzięki tym pamiątkom na kliszy dziś możemy przypomnieć sobie, albo dowiedzieć się wielu rzeczy o historii miasta, rodzin, a nawet o wypadkach, które wpisywały się w narodowe dzieje.
Przychodzi nieznajomy
– Pomyślałem sobie, że trzeba przypomnieć tych ludzi, którzy z aparatem w ręku stawali się kronikarzami miasta – mówi Mikołaj Spóz. – Mało o nich wiemy, bardzo mało i ubolewam nad tym, a przecież zawdzięczamy im wiele. Profesjonalnych zakładów było kilka, ale właściwie poza Adelą Żychowicz i Markiem Piotrowiczem Sołonienką, którzy też mieli swoje atelier, nikt nie robił zdjęć innych niż studyjne. Można powiedzieć, że tych dwoje zostawiło Puławom nieocenione dokumenty. Zresztą, przed wojnami i w okresie międzywojennym aparaty fotograficzne należały do rzadkości. Dlatego tych amatorów, którzy robili zdjęcia nie tylko swojej rodziny, warto przypomnieć i należy ich docenić.
Pewnego razu do drzwi domu państwa Spózów ktoś zapukał. Otworzyła żona pana Mikołaja. Mężczyzna wręczył jej grubą kopertę i powiedział – to dla pani męża. – Co to jest? – zdziwiła się pani Spózowa. – Mąż będzie wiedział, co z tym zrobić – odpowiedział nieznajomy i odszedł. Nie przedstawił się, nie powiedział nic o sobie, a pani Spózowa nigdy wcześniej go nie widziała.
– Otwieram kopertę i patrzę – zdjęcia – wspomina Mikołaj Spóz. – Wykładam na stół i widzę fotografie okupacyjne i tuż powojenne. Na jednej – żołnierze niemieccy na moście, na innej Niemiec trzymający za uzdę konia. Ze zdumieniem oglądam, jak żołnierze śmiejąc się oprawiają świnię. Między fotografiami jest też taka, na której stoją dziewczynki. Przyglądam się uważnie – jedna z nich to Tosia Bielawska z którą chodziłem do szkoły. Na kolejnej niemiecki żołnierz z dzieckiem na rękach, obok kobieta. Wreszcie fotografia, na której siedzą żołnierze kościuszkowcy, a na pierwszym planie chłopiec w hełmie na głowie i z pepeszą.
Kto robił fotografie
Skąd fotografie? Kim był człowiek, który je przyniósł tak anonimowo nie ujawniając ani ich źródła, ani autora.
– Te zdjęcia musiały leżeć w marnych warunkach – zauważ pan Mikołaj. – Widać było, że są trochę „zmaltretowane", zniszczone, poskręcane – dodaje. – Wyglądało na to, że ktoś je schował, ktoś znalazł i szkoda mu było wyrzucić. I dobrze się stało, że trafiły do mnie.
Jednak fotografie, których stał się posiadaczem w tak niezwykły sposób, nie dawały mu spokoju.
– Chodziłem, pytałem ludzi kto mógł je zrobić – opowiada. – Zauważyłem taką wspólną ich cechę – wszystkie były wykonane w okolicach nad Wisłą, ulicy Browarnej, mostu. Ktoś, kto je robił, musiał być wysoki. Skąd wiem? Widać, że zdjęcia dzieci były robione z góry. Wreszcie kiedyś rozkładam je na stole, przyglądam się im uważniej i zauważam, że wszystkie mają ten sam błąd aparatu – tzw. paralaksę. Obiekt centralny jest albo ucięty, albo ujęty z boku. Aparat miał taką wadę.
Kiedyś pan Mikołaj spotyka pana Aleksandra B. i pyta, który z jego sąsiadów mieszkających w okolicach Wisły miał przed wojną i podczas okupacji aparat fotograficzny i mógł takie zdjęcia zrobić. Pan Aleksander odpowiada na to – ja.
– Jak to, skoro pan mówił, że był podczas okupacji w obozie – zdumiał się pan Mikołaj. – Dawali mi przepustkę – odpowiedział znajomy.
Nie uwierzył mu pan Mikołaj i szukał dalej.
– Spotkałem pana Barbasia, a on mówi, że aparat fotograficzny miał pan Stanisław Świątek. – Przypomniałem sobie wtedy, że w Instytucie pracował taki laborant. Przypomniałem też, że on z dwoma kolegami chodzili po parku i grali – jeden na gitarze, drugi na mandolinie trzeci bodaj na bandżo. Poszukałem też w swoim archiwum i okazało się, że mam jakieś jego zdjęcia – miedzy innymi z defilady 15 sierpnia 1939 roku w Puławach. Więcej – upewniłem się, że musiały być zrobione tym samym aparatem jak te, które dostałem.
Na pewno on
Kim był Stanisław Świątek? Pan Mikołaj przypominał sobie wysokiego, szczupłego mężczyznę, który po wojnie przychodził do niego po odczynniki do filmów. Przypomniał sobie właśnie tych troje mężczyzn – jednym z nich był Józef Kuta, którzy chodzili po parku, grali tanga, walce, jakieś wesołe melodie. Zapewne też Świątek fotografował spacerujących i w ten sposób dorabiał sobie parę groszy. Był ciężko chory na płuca i przypuszczalnie nie mógł wykonywać cięższej pracy. Zmarł w 1961 roku.
Jednak, co jakiś czas Mikołaj Spóz układał fotografie obok siebie i uważnie je oglądał.
– Kiedyś przychodzi mój brat i pyta, czemu się tak przyglądam tym zdjęciom – opowiada. – Mówię mu, że przypuszczalnie zrobił je Stanisław Świątek, ale nic więcej nie wiem. A brat na to – u mnie pracuje Świątek – może to kuzyn, może syn? Poszedłem spotkać się z nim – mówi dalej pan Mikołaj. – I faktycznie okazało się, że Andrzej Świątek to syn Stanisława. Pokazuję mu zdjęcia, m.in. z chłopcem w hełmie, a on mówi – to ja. W ten sposób zdobyłem już pewność, kto jest autorem tych fotografii.
Syn pana Stanisława pokazał album rodzinny, a w nim inne zdjęcia ojca, niektóre takie same, jak odbitki, które pan Mikołaj dostał w kopercie.
Na starej fotografii którą wykonywał ktoś inny, ale jego aparatem, jest Stanisław Świątek z żoną
– Mieli przed wojną tak zwaną sodówkę – wyjaśnia Mikołaj Spóz. – Na szyldzie czytamy „Sodówka chrześcijańska. Owoce i słodycze. S. Świątek". Prowadzili ten kiosk do 1941 lub 1942 roku. I tym, oraz graniem w zespole pewnie dorabiał sobie do życia. Później zorientowałem się, że fotografie niemieckiego wartownika przed budynkiem Starostwa pewnie zrobił właśnie z tego kiosku, który stał niema vis a vis.
Niemcy nie zabraniali posiadania aparatów fotograficznych w każdym razie w początkowej fazie okupacji – mówi. – Ale wykonywanie niektórych zdjęć mogło im się nie podobać, mogli kogoś posądzić o szpiegostwo, dywersję. Jednak, jak widać wielu żołnierzy nawet pozowało mu do zdjęć, bo takich nie zrobiłby z ukrycia. Tę fotografię swojego syna wśród żołnierzy musiał zrobić tuż po wkroczeniu wojska do Puław i myślę, że było to lato 1944 roku. Mimo wszystko w tamtych latach robienie fotografii mogło być czasem niebezpieczne. Ale to właśnie dzięki amatorom, którzy nie zważali na zagrożenia, możemy dziś poznać wiele faktów, wydarzeń i życie w tamtych czasach.






























Kontakt: