Historia: Fotograf "Łokietek", który miał zakład w Kazimierzu Dolnym
W Puławach przed pięćdziesięciu laty wszyscy się znali. Jeszcze nie ruszyła budowa Azotów, jeszcze żyło się spokojnie i nieco prowincjonalnie. Nieodległy Kazimierz był mekką dla artystów, ale turyści nie przyjeżdżali tak tłumnie jak dzisiaj może dlatego, że komunikacja była kiepska, a aut prywatnych mało. Puławskie życie kulturalne i intelektualne ogniskowało się wokół Instytutu, w którym wszyscy o wszystkich wiedzieli. No, może nie wszystko, bo czasy były wredne i nie każdy chciał się ujawniać ze swoją przeszłością.
– Niektórzy dość starannie zacierali za sobą ślady, a w każdym razie nic nie mówili o sobie – stwierdza Mikołaj Spóz. – Jacy niezwykli ludzie mieszkali w Puławach – wspomina. – Niektórzy zjawiali się tu nie wiadomo skąd, nic o sobie nie mówili, żyli trochę okryci jakąś tajemnicą. To było intrygujące. Wyglądało tak, jak by wielu przybyło do miasta i chciało się tu ukryć, i rozpocząć życie od nowa. A może chcieli zapomnieć o tym, co było? Na przykład panny Czarnockie, które mieszkały w jednym ze skrzydeł Instytutu. Nie chwaliły się swoją działalnością konspiracyjną, a także znajomością z Józefem Piłsudskim. To w latach stalinowskiego terroru było po prostu niebezpieczne. Tak było z wieloma mieszkańcami Puław. Wielu z nich poznałem, niektórzy uchylili rąbka tajemnicy swojego życia, inni odeszli na zawsze zabierając ją z sobą.
Pogawędki
Poznali się w 1952 roku w Instytucie, gdzie Mikołaj Spóz miał pracownię fotograficzną. Dzieliła ich różnica wieku, ale łączyła wspólna pasja. A także to, że pan Mikołaj o nic nie wypytywał, nie był wścibski, po prostu umiał słuchać. To oczywiście nie znaczy, że poznał do głębi tajemnicę starszego pana.
– Aleksander Bołotow rozpoczął w Instytucie pracę jako kreślarz – zaczyna opowieść Mikołaj Spóz. – Było tu wielu pracowników, którzy opowiadali o sobie, o swojej rodzinie, ale on wyróżniał się tym, że bardzo mało mówił o sobie. Był dość tajemniczy, ale widać było, że jest wykształcony i na wielu sprawach się zna. Ba, nawet robił dla ludzi jakieś projekty stodół czy domów, które oczywiście sygnował ktoś z uprawnieniami, a Bołotow w ten sposób dorabiał sobie. A że nic się nie zawaliło, to znaczyło, że znał się i na tym.
Tajemniczy pan Aleksander mieszkał sam, sam sobie przygotowywał posiłki, nikogo nie przyjmował, o nic nie prosił, niewiele mówił. Kiedyś przyszedł do mojej pracowni i z rozmowy wynikało, że zna się na fotografii – wspomina Spóz. – Trochę zaczął opowiadać, że robił foty jeszcze na płytach szklanych i wciąż ma ten stary aparat. Później zresztą odkupiłem go od niego – drewniany z monoklem 13x18 do robienia portretów.
I tak zaczęli rozmawiać, bo znaleźli wspólny temat, pasję która ich połączyła, coś na czym obydwaj się znali.
– Innym razem ja zajrzałem do niego do kreślarni. On właśnie wyciągał ze słoiczka jakąś sałatkę, którą sobie przygotował. Z bakłażanów. Poczęstował mnie, smaczna była. Wyjął piersiówkę, nalał mnie i sam się napił. Nie odmówiłem, chociaż nie piję, ale nie chciałem go urazić – śmieje się Mikołaj Spóz – Powoli rozwijała się nasza znajomość o której jednak nie można powiedzieć, że była zażyła.

Nauka i plotki
Nadchodziło święto 1 Maja, które w latach pięćdziesiątych szczególnie uroczyście i hołdowniczo obchodzono. Przyszło polecenie, aby wykonać transparent z obliczem towarzysza Stalina w dużych rozmiarach. Powstał problem – kto to zrobi?
– Pamiętam, Bołotow od niechcenia odwrócił się od swojego stołu kreślarskiego i mówi – ja to zrobię, tylko trzeba mi dać zszyte płótno odpowiednich rozmiarów. No i szelak, i spirytus – wspomina Mikołaj Spóz z rozbawieniem. – Nazajutrz przychodzimy, patrzymy – rzeczywiście kawałek Stalina jest namalowany. Wszyscy się zachwycają, mówią panie Aleksandrze, na pewno pan nagrodę dostanie. A on odpowiada – „dalej nie maluję, spirytusu zabrakło". Niech mu ziemia lekką będzie, ale tego spirytusu to poszło z 10 litrów – śmieje się Mikołaj Spóz. – Lubił sobie wypić, choć nigdy nie widziałem go pijanego.
Życie w Instytucie toczyło się nie tylko wokół spraw naukowych. Nie mniej ważne były stosunki towarzyskie. O światopoglądzie i przekonaniach nikt głośno nie mówił. Takie były czasy. Natomiast ploteczki rozchodziły się w tempie błyskawicy.
– Zdarzały się historie jak z filmu, a te były tematem magla towarzyskiego – z rozbawieniem mówi Spóz. – Kiedyś Bolotow pobił się z laborantem. Mieli wtedy chyba po 70 lat, a później jeden chodził podrapany, drugi z podbitym okiem. Udawaliśmy, że nie widzimy, ale za ich plecami wszyscy pękali ze śmiechu.
Kim był „Łokietek"
Nie pamięta pan Spóz, kiedy to było. Może syn pana Mikołaja przyszedł do niego do pracy, może Bołotow zobaczył fotografię małego chłopca.
– Wtedy raz wyrwało mu się – też miałem takiego syna jak pan – Mikołaj Spóz nie lubił wydobywać z ludzi wspomnień. Czekał, aż się sami otworzą. Dowiedział się nieco później, że Bołotow z żoną i synem mieszkali w Kazimierzu. Podczas nalotu niemieckiego bomba spadła na jego dom, żona z synem zginęli pod gruzami.
– Później popytałem ludzi w Kazimierzu – Spóz chciał jednak dowiedzieć się czegoś więcej. – Usłyszałem od ludzi – „oj, panie, pamiętamy takiego. Ludzie nazywali go Łokietek, miał tu zakład fotograficzny. Chodził w lecie w białym garniturze z laseczką, był kimś, kto się wyróżniał. Chodził na obiady do Barensa, dobrze mu się powodziło". Po jakimś czasie trafiłem na fotografię, patrzę z tyłu pieczątka „Fot. Łokietek", później trafiam na pocztówki z podpisem zakładu.
Jak leci sputnik
Kiedyś Bołotowa nie ma w pracy jeden dzień, drugi. Mikołaj Spóz polubił tego człowieka skrytego, tajemniczego, ale zaskakującego dużą wiedzą i obyciem.
– Słyszę, że zachorował. Postanowiłem go odwiedzić. Mieszkał w wynajętym pokoju na Filtrowej. Idę tam, na poddasze do małego pokoiku. Zimno. Leży w łóżku, ale zauważam, że całe ściany zapisane są jakimiś wzorami. Pytam – panie Aleksandrze, co to jest? A on na to – „obliczałem trajektorię satelity, jakiego Rosjanie wypuścili w Kosmos". Nie ukrywam, że byłem zdumiony.
Po jakimś czasie Mikołaj Spóz spotkał jedną z laborantek, mocno już starszą panią. Rozpoczęli rozmowę na temat Bołotowa.
– Mówię – ten pan Aleksander to tajemnicza postać. – A ona na to – „proszę pana, ja go pamiętam z carskich czasów. On był oficerem, przyjeżdżał w mundurze ze złotymi epoletami. Jego ojciec był komendantem jednostki w Puławach".
Wspominanie
Wreszcie pan Mikołaj nie wytrzymał i spytał wprost – pan był oficerem?
– On wyjął butelkę, nalał i zaczął opowiadać, wspominać minione lata, kiedy pływał jako oficer po Morzu Czarnym. Opowiadał jak ratował się z tonącego okrętu. Mówił, że jak z morza wracali to już czekały na nich najlepsze knajpy w Odessie. Właściciel zacierał ręce bo wiedział, że panowie oficerowie kiedy sobie popiją, to zdemolują cały lokal, ale później z nawiązką za wszystko zapłacą. Służba na morzu była ciężka, męska, ale dobrze opłacana i życie było piękne. Później przyszła rewolucja i carscy oficerowie musieli uciekać przed pożogą. Po I wojnie światowej on także wyjechał i zatrzymał się aż tutaj.
Powoli Aleksander Bołotow zaczął się „oswajać" z Mikołajem Spózem. Zachodził do niego do domu na pogawędkę, czasem zasiadali przy dobrej nalewce.
Co jakiś czas Mikołaj Spóz znajdował widokówki wykonane w zakładzie fotograficznym „Łokietek" w Kazimierzu Dolnym. Nie raz trafiały się fotografie sygnowane z tyłu. Wiedział, że autorem był człowiek o barwnej przeszłości, dużej wiedzy, artystycznej wyobraźni.




























Kontakt: