drukuj

Historia: Dawny Janowiec odcięty od świata

Tak wyglądał zamek ponad 50 lat temu

fot. Mikołaj Spóz

O Janowcu sprzed pół wieku opowiada Mikołaj Spóz, puławski regionalista.

To Izabeli Czartoryskiej Puławy zawdzięczają swój kształt, swoją urodę i wielkość. Jeśli dziś mówimy o szlaku turystycznym Nałęczów-Puławy-Kazimierz-Janowiec to pamiętajmy, że dawniej bez problemu można było dojechać do Puław i Nałęczowa. Natomiast Kazimierz pozostawał bez połączenia kolejowego i z Puław łatwiej było się tam dostać piechotą niż jakimś pojazdem. Janowiec był niemal odcięty od świata.

Droga do Janowca

– W Puławach na początku lat sześćdziesiątych budowano Azoty i miasto zmieniało gwałtownie swój wygląd – wspomina Mikołaj Spóz. – Tymczasem po drugiej stronie Wisły był inny świat.

W latach pięćdziesiątych wychodził w kraju miesięcznik „Polska", który był adresowany głównie dla Polonii. Trochę grał na nucie patriotyczno-sentymentalnej, trochę był tubą propagandową ustroju.

– Chyba w 1953 roku ówczesna redaktor naczelna czasopisma zwróciła się do Instytutu, czy nie znają jakiegoś fotografa, który dla „Polski" zrobiłby zdjęcia w Janowcu – przypomina sobie regionalista. – W Instytucie wskazano na mnie, więc postanowiłem tam pojechać. Janowiec był blisko Puław, ale równocześnie tak daleko. Obładowany aparatami fotograficznymi wsiadłem na motocykl. Miałem wtedy model Zundapp Sahara, który był produkowany dla Africa Corps w czasie II wojny światowej. Wybrałem się przez most do Janowca. Nie spodziewałem się, jaka czeka mnie droga. W pewnym momencie tak się zakopałem w piach, że urwałem półośkę i musiałem prosić jakiegoś gospodarza, żeby koniem wyciągnął mnie z drogi.

Gdzie ten zamek

Zlecenie jednak trzeba było wykonać. Pan Mikołaj naprawił motor i z Puław wybrał się inną trasą. – Pojechałem w kierunku kamieniołomu w Kazimierzu – opowiada. – Droga była kiepska, łaziły po niej kury, zdarzało się, że jakiś pies spał na środku, czasem przejechała furmanka.

W kamieniołomach wtedy jeździły wagoniki po ułożonych torach. Wciąż wydobywano kamień nie tylko na drogi i budowy, lecz także do układania opasek na Wiśle. – Tam zapytałem stróża w budce, czy by mi nie popilnował motoru. Zapytałem również, jak się dostać na drugą stronę rzeki. Dał znać przewoźnikowi, który z drugiego brzegu przypłynął marną dość łodzią pychówką. Najadłem się wtedy trochę strachu – śmieje się Spóz. – Woda była wzburzona, łódź niewielka, ale szczęśliwie dopłynęliśmy. Zapłaciłem mu, wysiadłem i zobaczyłem przed sobą chaszcze i krzaki, żadnego Janowca. Zapytałem przewoźnika, gdzie jest zamek. On wskazał na ścieżkę wydeptaną w tych chaszczach przez ludzi i kozy.

Cenzura zdjęła

Mikołaj Spóz znalazł się w innym świecie. To, co zobaczył, było szokiem nawet na początku lat pięćdziesiątych. – Dochodzę tą ścieżką do wąskiej uliczki i wkraczam w inną rzeczywistość – opowiada nawet dziś zaskoczony tym, co widział. – U jej wylotu stoi potężny żuraw, przy studni koryto wydrążone w jednym pniu, ktoś pobiera wodę. W tej uliczce pokrytej błotem, krzywej od kolein taplały się jakieś kaczki, biegały kozy i świniaki. Drogą szło stado owiec.

Domki z maleńkim okienkiem niemal przy ziemi były kryte strzechą. Obok byle jaki ogródek opleciony płotem z chrustu. – Wydawało mi się, że śnię, że przeniosłem się trzysta lat wstecz. Ja nawet nie wiem, czy wtedy światło było w Janowcu. W zamku na pewno jeszcze nie – dziwi się regionalista.

Oczywiście pan Mikołaj sięgnął po aparat i zrobił fotografię. Później, kiedy zdjęcie tej chaty dał na wystawę w Bramie Krakowskiej w Lublinie, cenzura natychmiast je zajęła. Nie było się czym chwalić. – Przychodzę na wystawę i widzę, że moich fotografii nie ma – śmieje się dzisiaj.

Kolacja na zamku

Wreszcie ujrzał zamek. – Pamiętam, że zaczął bić dzwon– wspomina. – Podniosłem głowę do góry i zobaczyłem zamek. Miał dach i miedziane kopuły, baszty i krużganki. Wyglądał metafizyczne.

Doszedł do kościoła otoczonego nie otynkowanym murem. Sama świątynia była piękna, ale poobijana, nie remontowana. Później poszedł na zamek. – Mieszkała tam gospodyni tego zamku, nie pamiętam jej nazwiska. W olbrzymiej kuchni, w której wisiał wielki żyrandol z rogów jelenia, słuchając jej opowieści o tutejszych strachach, zjadłem kolację i z zapaloną świeczką w ręku poszedłem spać.

Następnego dnia na zamek w Janowcu przyjechała pani Orczykowska, redaktor naczelna „Polski". – Przywiózł ją dwuosobową dekawką pan Udziela, architekt z Puław. W czasie wojny służył w RAF-ie, był strzelcem pokładowym.

Szukanie skarbów

Tak znakomitych gości przyjął na zamku jego właściciel – Leon Kozłowski. – Pamiętam, że na stole pojawił się chleb, miód, biały ser, chyba jakieś pierogi – przypomina sobie. – Kozłowski z gospodynią prześcigali się w opowieściach o tutejszych duchach. Wyobrażam sobie, że mieszkanie tam mogło napawać strachem, szczególnie zimą, kiedy zadymka i wiatr hulał po lodowato zimnych komnatach i krużgankach.

Pan Mikołaj i goście zostali też „nakarmieni" historią o zamkowej studni tak głębokiej, że kaczka do niej wrzucona wypływała na Wiśle, o ukrytych skarbach i Czarnej Damie.

– Kozłowski faktycznie szukał skarbów – stwierdza Mikołaj Spóz. – Później, kiedy się już dłużej znaliśmy, przyniósł do mnie garść monet zlepionych jedna z drugą z prośbą, żebym to oczyścił. To były denary z czasów Jana Kazimierza, ale raczej fałszywki, bo srebro by tak nie skorodowało, nie pozlepiało się.

Czarna Dama

Podczas tamtego pierwszego spotkania Mikołaj Spóz pokochał Janowiec, jego senność, spokój i piękne widoki. Jeździł tam rowerem, namawiał kolegów i znajomych na wycieczki na drugą stronę Wisły.

– To były prawdziwe wyprawy – nie ukrywa. – W Janowcu praktycznie nie było nic. Jedna prymitywna gospoda z nie zawsze grzecznymi kelnerkami i lepiącymi się stołami. Jeden sklep spożywczy i piekarnia GS. Nie było wodociągu i kanalizacji. Ludzie do Janowca zaczęli zaglądać, kiedy została zbudowana droga i uruchomiono prom przez Wisłę. Wcześniej przeprawa przez rzekę zawsze była niebezpieczna.

Regionalista wspomina także niezwykłe spotkania w Janowcu. Jednym z nich była rozmowa z tamtejszym księdzem. – Zapytałem, go czy jest Czarna Dama. Potwierdził – opowiada Spóz. – Kiedyś kościelny odczyścił właz do krypty i zeszliśmy. Z latarką. Fotografie robiło się wtedy z użyciem magnezji, która dawała dużo dymu. W świetle latarki zobaczyłem trumny, kości, czaszki, a wśród nich Czarną Damę. Oczywiście, że zrobiłem zdjęcie, chociaż jest nie najlepszej jakości. No, ale o strachach i Czarnej Damie może opowiem innym razem – uśmiecha się pan Mikołaj.

Zdjęcia

  • Tak wyglądał zamek ponad 50 lat temu
  • Na drodze nieraz można było spotkać stado owiec
  • Uliczka tuż obok kościoła

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
ul.Puławska
ul.Puławska ndz., 2010-08-15 13:48

Bardzo ciekawe

miło poczytać.

Pozdrawia: miłośnik Puławszczyzny (Ziemi Puławskiej)
wojtar
wojtar ndz., 2010-08-15 20:49

Świetny artykuł.

Ciekawie opowiedziane. Szkoda, że tak mało zdjęć...

KSW
KSW ndz., 2010-08-15 22:08

....

Bardzo lubię czytać opowieści Pana Spóza, ale odbiegając od tematu, czy na tej fotce nr2 to w tle nie widać przypadkiem bramki???;-)

www.narodowiec.com.pl www.fanatycywisly.ubf.pl
MamaMi
MamaMi pon., 2010-08-16 09:03

Dziękuję Panie Mikołaju...

za te wspomnienia.
Janowiec darzę szczególnym sentymentem, nie wiem sama co mnie tak bardzo urzekło w tym miejscu, ale uwielbiam tamte okolice.
Z pewnością nie jest to już oaza spokoju jak ta z lat 50', jednak architektura, zamek, krajobrazy i ... ludzie tworzą klimat niepowtarzalny.

~mamaMi
Zawisza Biały
Zawisza Biały pon., 2010-08-16 10:58

Janowiec jest urokliwy, ale...

Też lubię tam jeździć. Miejscowość i okolica są urokliwe. Ale ludzie? Są niestety zróżnicowani co widać na przykład teraz po powodzi - mówiły o tym media. Dużo takich co by drugiego w łyżce wody utopili - zazdrośni, nieżyczliwi, niepotrafiący docenić pracę innych.

Stanisława