Co będą wspominać nasze wnuki? Tak kiedyś w Puławach obchodzono Boże Narodzenie
Dzisiaj kolejny odcinek historii Puław – tej mniej znanej. Naszym przewodnikiem jest Mikołaj Spóz, puławski regionalista, który opowie jak kiedyś obchodzono święta w Puławach.
Czas przygotowań
Nie było marketów, nie było sklepów tak wykwintnych jak teraz. Ba, nie wszędzie była elektryczność. A przecież niektóre szanujące się firmy w centrum Puław starały się, aby ich wystawy były świątecznie udekorowane. Dzieciaki z całego miasta przylepiały zmarznięte nosy do szyb i z zachwytem patrzyły na świętego Mikołaja, który siedział na wystawie.
Przy ulicy Piłsudskiego miały swoje sklepy wytwórnie wódek i cukiernie, te przed świętami szczególnie zachęcały klientów do zakupów – mówi Mikołaj Spóz. – Nie było delikatesów w dzisiejszym rozumieniu. Ale kiedyś świąteczna atmosfera nie zaczynała się tak jak teraz po Wszystkich Świętych. Dawniej zakupy robiło się może w połowie grudnia, a o takim szaleństwie jak dziś nie było mowy.
Skromne prezenty
– Czy dzieciaki czekały z takim utęsknieniem na Mikołaja jak teraz? – Chyba nie – zauważa Mikołaj Spóz. – Pamiętam takie mikołajki w przedszkolu, które prowadziły siostry. Każde dziecko dostało taki dyplom ze złotą cyfrą „5” i jakiś drobiazg. Siostrom chodziło o to, żeby nie robić różnic między dziećmi biedniejszymi i z bogatszych rodzin. Do nas, do domu przychodził wujek przebrany za Mikołaja i od razu wiedzieliśmy, że to on. Pewnie tak jest w wielu rodzinach – śmieje się. – Dzieciaki są bardzo spostrzegawcze.
Nie wszystkie dzieci może nawet wiedziały o takim mikołajkowym święcie. Po ulicach Puław przemykały te, które pomagały rodzicom w handlu – sprzedawały wiązki drewna, roznosiły naftę, niektóre były z rodzin tak biednych, że czasem brakowało na chleb.
Zające kruszeją
– Świąteczną atmosferę najpierw czuło się w domach, gdzie kobiety robiły porządki – wraca do wspomnień Spóz. – W oknach świeże zasłony, firanki, generalne sprzątanie – to były pierwsze oznaki zbliżających się świąt. Przychodził do nas pan Kunert albo kapitan Kuncewicz, zapaleni myśliwi i przynosili mamie w prezencie upolowane zające. Nieraz trzy, cztery wisiały na ganku przed domem. Nie było kiedyś lodówek, a w grudniu już zawsze mróz trzymał ostry i śniegu było nieraz po kolana albo i więcej. Mówiło się, że zające kruszeją i później są smaczniejsze.
Dobre gospodynie niektórych zakupów nie zostawiały na ostatnią chwilę. Przecież już jesienią robiło się zapasy mąki – mama Mikołaja sypała ją na białą kartkę i patrzyła, czy jest od niej bielsza, wąchała, smakowała, rozcierała między palcami tak, jakby to był magiczny rytuał.
– Zawsze były pod ręką warzywa, ziemniaki na zimę, owoce, mak – wraca do lat dzieciństwa Mikołaj Spóz. – Obok domu były jakieś zabudowania i komórki pamiętające jeszcze czasy Czartoryskich, a spalone podczas działań wojennych w 1944 roku. Tam trzymało się zapasy na zimę.
Z nożem w sercu
W tych komórkach, którymi oblepione były niemal wszystkie domy w Puławach, przed świętami trzymano świnie.
– Tak robili wszyscy trochę zamożniejsi mieszkańcy – wyjaśnia. – Kupowało się u gospodarzy świnię. Mama nie chciała już zaszlachtowanej, bo mówiła, że może chora, padła. Więc tę żywą trzymało się kilka dni, a na umówiony dużo wcześniej termin przychodził do nas któryś z najlepszych puławskich masarzy – Urbanek, Syta albo Zdun z Włostowic. Mnie rodzice gdzieś wysyłali i nigdy nie widziałem jak to wyglądało, choć raz, pamiętam u sąsiadów posesja była nie ogrodzona i świnia źle ogłuszona z nożem w sercu raptem się ocknęła i w nogi na ulicę. Cała rodzina ją goniła. Tak, w tamtych Puławach były też zabawne wydarzenia – uśmiecha się pan Mikołaj. – No, w takiej skali mikro...
Szynka i śledzie z beczki
Każdy z masarzy miał swoją przenośną wędzarenkę, ale też część kiełbas zabierali do siebie do wędzenia.
– Nigdy nie brakowało nawet kilkunastu deko – zapewnia Spóz. – Przywozili gotowe kiełbasy, ojciec odłamywał kawałek, trzymał pod światło i delikatnie oddzielał skórkę. Jak schodziła cieniutka bez mięsa, to znaczyło, że kiełbasa jest znakomita. I taka była.
W specjalnej zalewie na ganku moczyła się szynka. Później uwędzona przez masarza była specjałem, jakiego dziś nikt nie dostanie.
– A kaszanka, a salceson – można go było kroić w plasterki tak cienkie jak papier. Z czego dziś robią salceson – obrusza się pan Mikołaj. – Chyba z jakichś odpadów?
Chłopcy z wózkami, na których były beczki z wodą rozwozili żywe ryby – karpie, sandacze.
– U Korzeniowskiego mama kupowała śledzie z beczki. Były jeszcze z głową. Mama wybierała te z mleczem, którym później smarowała chleb. Śledzie moczyło się w domu, a później samemu przyprawiało.
Piernikowe aniołki
Na targowisku przy ulicy Kołłątaja i Piaskowej sprzedawano choinki. Pachniało zielonym igliwiem, kupcy pokrzykiwali, zachwalali swój towar. Tu dopiero czuło się nadchodzące święta.
– Chodziłem tam z ojcem wybierać drzewko. Musiało być od podłogi do sufitu. Nie było obawy, że zabraknie, albo że choinki będą nieładne. Ubierało się drzewko dopiero rano, w Wigilię. Wcześniej robiliśmy łańcuchy z bibułki i pajace z wydmuszek. Były bombki, małe czerwone jabłuszka. Mama kupowała długie, kolorowe cukierki, piekła z piernika różne aniołki, serduszka, kółeczka. Dawniej większość ozdób choinkowych można było zjeść. Nie to co dzisiaj – macha ręką pan Mikołaj.
Czasami w wigilijny wieczór, gdzieś na ulicy podnosił się krzyk i trzeba było biec na pomoc. To u któregoś z sąsiadów zapaliła się firanka od świeczki na choince i już paliło się wnętrze domu.
– Jeszcze po wojnie były świeczki w specjalnych klipsach, nie było lampek elektrycznych.
Nie wszędzie świątecznie
Z pewnością nie u wszystkich tak wyglądały święta. Mikołaj Spóz ogląda stare ryciny z tygodnika „Kłosy” wydanego w 1877 roku.
– Tak na pewno było, jak tu pokazują – mówi. – W chłopskiej izbie na stole leży tylko opłatek. Pamiętam, tu na Kazimierskiej mieszkała liczna rodzina. Oni gnieździli się w jednej izbie, w drugiej trzymali bydło. Tam na pewno Wigilia i święta nie były ani dostatnie, ani wesołe.
Puławy były miastem wielu kultur i wyznań. Nie wszyscy obchodzili Boże Narodzenie, nie wszyscy szli albo sańmi jechali na pasterkę do kościoła.
– W pierwszy i drugi dzień świąt odbywały się zjazdy rodzinne, w domach ciasno było od gości. Dzieciaki się nudziły, psociły, trzeba było pilnować, żeby nie podpaliły choinki. Rodzice chętnie się nas pozbywali z domu – biegliśmy do ogrodu bawić się na śniegu. Czasem ktoś z dorosłych szedł z nami na sanki albo na łyżwy, żeby mieć nad nami pieczę.
Kto zaśpiewa kolędy
– Tak, dziś wspominam to z nostalgią. Pewnie nie tylko ja – wzdycha pan Mikołaj. – Dom był pełen ludzi, rodzina spotykała się, umacniała, rozmawiała i bawiła. Dziś jeszcze widzę twarze swoich kuzynów. Myślę, który zginął podczas wojny, a dla którego los był łaskawy. Przypominam ich sobie tak, jak byśmy wczoraj się spotkali. Co będą wspominać nasze dzieci i wnuki? Czy nie będzie tak, że po wigilijnej wieczerzy każdy z osobna zasiądzie przed komputerem z nową grą, albo przed telewizorem? W którym domu zaśpiewają kolędy? Ach, to tylko takie sobie moje myśli – macha ręka pan Mikołaj. – Przecież akceptuję to, że czasy się zmieniły. Na pewno te święta będą radosne i szczęśliwe.

























Kontakt: